Wednesday, 28 December 2011

Morbid Angel – Illud Divinum Insanus


- czyli jak ma się death metal do Hiszpańskiej Inkwizycji.

Przyznam się na wstępie, że nigdy nadto nie słuchałam Morbid Angel, a nowy album zaopatrzyłam się z ciekawości, żeby się przekonać, dlaczego gawiedź tak narzeka na „Illud Divinum Insanus”. Możecie mnie z tego powodu uważać za osobę nieodpowiednią do popełnienia tej recenzji, ale swoje zdanie tak czy owak zamierzam przedstawić z prostego powodu. Mimo, że nie znam ich twórczości przekrojowo, to wiem mniej więcej, czego mogę się po nich spodziewać, bo wiem z czym się je death metal. I niech mnie Trygław i Swarożyc uchowa, ale na pewno nie spodziewałam się tego, co faktycznie dostałam wraz z ich nowym krążkiem, którego pojawienie się na rynku wywołało podobny efekt, jak wyskakująca zza drzwi Hiszpańska Inkwizycja.

Thursday, 10 November 2011

[Spotkanie z Sabatonem, Empik Renoma, Wrocław, 2.09.2011]

Garść zdjęć ze spotkania z zespołem. Z góry przepraszam za kolejność ujęć, ale zdjęcia zgrywałam z mojej prywatnej twarzoksięgi, a jak powszechnie wiadomo, fejs nadaje kosmiczne nazwy pobieranym plikom. Oryginały same w sobie mi z dysku wyparowały, wraz z danymi exif. Ot, zagadka.



Saturday, 5 November 2011

[Rockstad:Falun 2011]

Mój czerwiec tego roku od samego początku obfitował w atrakcje różnorakie, począwszy od podróży przez jeden kraj, jedno morze, i pół kraju numer dwa, aby wraz z reprezentacją z Polish Panzer Battalionu dotrzeć do małej mieściny w środkowej Szwecji zwanej Falun. Zostaliśmy bowiem zaproszeni, aby dokonać małej prezentacji, jak Polacy potrafią pracować przy festiwalu, jeśli się nas ładnie poprosi. Wnikać dalej w temat pracy przy feście nie będę, ponieważ chcę się skupić na tym, co widziałam na żywo w wolnym czasie (gdybym zaczęła temat mimo wszystko drążyć, to zajęłoby mi to jakieś kilka dobrych stron A4 zapisanych drobnym maczkiem; tak więc sobie podaruję, bo notka będzie i tak długa jak droga na Kamczatkę).



Thursday, 3 November 2011

Septicflesh - The Great Mass


O brutalności, operze i chirurgicznej precyzji.

Septicflesh znam i kojarzę od dobrych paru lat i wiem, że jest to formacja, po której nie mogę się spodziewać byle chałtury. Do kręgu ich fanów wstąpiłam bez wahania odkąd po raz pierwszy przesłuchałam album „Sumerian Demons”. Połączenie monumentalnych partii orkiestralnych z death metalowym pazurem urzekło mnie bez reszty. Bo prawdą jest, że niewiele jest zespołów, które tworzą tego rodzaju muzykę i nie zjadają przy tym własnego ogona bądź też stają się tak pompatyczne, że okazują się być własną groteskową karykaturą (dla mnie taką nadętą kapelą jest szwedzki Therion. Tak, możecie mnie zjeść w komentarzach, ale zdania nie zmienię). W przypadku Septicflesh jest odwrotnie - wkomponowanie orkiestracji stanowi naturalne dopełnienie partii deathmetalowych oraz istotny, w zasadzie integralny rdzeń ich twórczości. Już ich poprzedni album „Communion” został obwołany jako arcydzieło, które powinno znaleźć się w Międzynarodowe Biuro Miar i Wag w Sèvres pod Paryżem jako doskonały wzór mieszanki death metalu oraz elementów symfonicznych. Seth i spółka ustawili poprzeczkę niebotycznie wysoko, ale udało im się ją przeskoczyć i na nowo zdefiniować pojęcie epickości najnowszym krążkiem „The Great Mass”, która na nowo eksploatuje to pojęcie. Tym razem jednak jest ostrzej, mocniej i jeszcze bardziej bezkompromisowo.

Sunday, 23 October 2011

Deathchain - Death Gods


Cthulhu ftaghn?

Szczerze, najzupełniej szczerze, nie spodziewałam się za wiele dobrego po tym albumie, mając w pamięci poprzednie krążki death/thrashowej brygady z Kuopio. Nie jestem największą fanką ani thrashu ani tym bardziej deathu i z zało-żenia podchodzę do nich ze sporą rezerwą. Ale, jak się okazało, niesłusznie.