Deathchain - Death Gods

23:12


Cthulhu ftaghn?

Szczerze, najzupełniej szczerze, nie spodziewałam się za wiele dobrego po tym albumie, mając w pamięci poprzednie krążki death/thrashowej brygady z Kuopio. Nie jestem największą fanką ani thrashu ani tym bardziej deathu i z zało-żenia podchodzę do nich ze sporą rezerwą. Ale, jak się okazało, niesłusznie.



 Zacznę od krótkiej retrospekcji, bo warto wyjaśnić, dlaczego założyłam, że album będzie fiaskiem. Pierwsze dwa albumy, nagrane z poprzednim wokalistą grupy, imć Rottenem, było death/thrashem w czystej postaci. Ich debiutancka płyta była całkiem udana i zawierała kilka naprawdę zgrabnych patentów łączących oba gatunki, a przyznać muszę, że czasem zdarzy mi się do niej bez przymusu wrócić.

 Druga, „Dethrash Assault” nadal kopała dupska jak złoto. Było brutalnie, był ogień, ale jak dla mnie było to zagrane dobrze i nic ponad to. Chłopaki ustawili sobie poprzeczkę wysoko po debiucie i moim zdaniem nie udało się im jej tym albumem przeskoczyć. Na kolejnych dwóch, nagranych już z nowym wokalistą, K.J. Khaosem, zespół zmienił nieco swój kierunek i zboczył nieco z kursu, obierając azymut bardziej na death metal, przez co stracił część fanów, którzy zdążyli już przywyknąć do ich death/thrashowego stylu. I, jak się zdaje, zespół potrzebował dwóch albumów, aby zgrać się na tyle, żeby skomponować materiał na naprawdę wysokim poziomie. Powstało „Death Gods”, które rzuciło mnie na kolana i dość długo trzymało w tej niewygodnej pozycji. Po raz kolejny przekonałam się, że nie wolno oceniać książki po okładce (na „Death Gods” bardzo przyjemnej dla oka).

 Pierwsze wrażenie? Jest mrok, oj, jest. Pełza sobie, poszturchuje mackami, straszy po kątach, bije płytą nagrobną słuchacza po grzbiecie. Album pod względem atmosfery bije wszystkie poprzednie na głowę. Owszem, na „Cult of Death” i „Death Eternal” pojawiły się już pewne smaczki, którymi zespół próbował tworzyć swoisty klimat. Na nowym krążku atmosfera stała się jeszcze bardziej gęsta, zawiesista, mroczna. Niemałe znaczenie ma fakt, że Deathchain spuścił nieco z tempa. Jasne, na albumie znajduje się kilka kawałków, które robią ze słuchacza miazgę już podczas pierwszych piętnastu sekund ich trwania, jak na przykład „Scimitar” czy „The Lion-Head”. Ale to nie one są największymi atutami „Death Gods”, to nie one rozkładają na łopatki. Najlepszymi utworami na całym albumie, największą jego siłę stanowią kawałki wolniejsze.

 Prawdziwymi perełkami są dwa utwory „We Are Unearthed” oraz „Howling of the Blind”. Nie galopują one wcale z furią przed siebie, wręcz przeciwnie. Prą powoli naprzód, we własnym tempie, ale za to z mocą porównywalną do radzieckiego czołgu T-34. „Howling of the Blind” zaczyna się wręcz spokojnie, powiedziałabym nawet, że niepozornie, ale ta fasada łagodności zostaje rozwiana dość szybko. Deathchain to w końcu to specjaliści od siania grozy, od Krainy Łagodności dzielą ich całe lata świetlne. Złowroga aura „Howling of the Blind” budowana jest mozolnie poprzez niespieszne, masywne gitarowe riffy, aby na dobre rozhulać się w drugiej połowie piosenki, gdzie chłopcy raczą nas piękną pracą gitar, a K.J.Khaos swoimi głębokim wokalem prowadzi nas poprzez kolejne wersy ewokacji Azathotha. Ciary na plecach murowane.

 Nie mogę oczywiście pominąć w niniejszej recenzji kąska najsmaczniejszego, prawdziwej wisienki w torcie, czyli ponad dwunastominutowego, epickiego molocha „Cthulhu Rising”. Deathchain już raz pokusił się o podobne dzieło, jakim było „Incantations Of Shub-Niggurath” na albumie „Death Eternal”. Jednak przy „Cthulhu Rising” „Incantations...” zdaje się być raptem... nie najgorsze. Utwór trwa bite dwanaście minut, z czego ponad minutę trwa stylizowane preludium, przywodzące na myśl intro do niemego filmu, gdzie muzyka sączy się ze starego gramofonu, a niemal dwie minuty stanowi akustyczny finał. A pomiędzy nimi świetnie wyważony rdzeń całej piosenki. Zaczyna się powoli, wręcz się wlecze. Cthulhu powstaje z wodnych głębin, a że bydle jest wielkie, to trochę czasu mu to zajmuje. Ale jak już się pozbiera do kupy, to biada nam, bo zabiera się do roboty i nie zamierza nas oszczędzać, wcale a wcale. Tak mogłabym metaforycznie opisać strukturę rdzenia „Cthulhu Rising”. Znakomity utwór, który po mistrzowsku wieńczy album.

Na zakończenie pragnę wyrazić moje najwyższe uznanie oraz wyrazić nadzieję, że zespół pójdzie śmiało tą ścieżką, którą obrali na „Death Gods”. Bo co tu dużo mówić, nagrali coś wielkiego w świetle swoich poprzednich dokonań. Panowie: Khaos, Corpse, Cult, Kuolio, Kassara oraz C.Void, chylę czoła.



You Might Also Like

0 komentarze

Instagram feed

Like us on Facebook