[Rockstad:Falun 2011]

18:21

Mój czerwiec tego roku od samego początku obfitował w atrakcje różnorakie, począwszy od podróży przez jeden kraj, jedno morze, i pół kraju numer dwa, aby wraz z reprezentacją z Polish Panzer Battalionu dotrzeć do małej mieściny w środkowej Szwecji zwanej Falun. Zostaliśmy bowiem zaproszeni, aby dokonać małej prezentacji, jak Polacy potrafią pracować przy festiwalu, jeśli się nas ładnie poprosi. Wnikać dalej w temat pracy przy feście nie będę, ponieważ chcę się skupić na tym, co widziałam na żywo w wolnym czasie (gdybym zaczęła temat mimo wszystko drążyć, to zajęłoby mi to jakieś kilka dobrych stron A4 zapisanych drobnym maczkiem; tak więc sobie podaruję, bo notka będzie i tak długa jak droga na Kamczatkę).





Fest był zorganizowany w Lugnet, dużym kompleksie sportowym w Falun, nad którym majestatycznie pochylały się dwie skocznie narciarskie, które lata swojej świetności miały dawno za sobą. Na wstępie muszę zaznaczyć, że pomimo tego, że Rockstad: Falun jest festiwalem niedużym, pojawiły się tam aż trzy sceny, na których występowały gwiazdy lokalne (Centicore, Among The Derbis, Power Of Rage tudzież mój ulubieniec, z racji swojej nazwy, Vietcong Pornsürfers), zespoły nieco większego formatu (naprawdę przyzwoicie grająca Sparzanza, Dream Evil, Hell oraz dwa zespoły, które w zasadzie nie wiem, dlaczego nie występowały "tylko" na scenie średnioformatowej, czyli Scar Symmetry i Entombed) oraz scena główna, na której pojawiło się co najmniej eklektyczne zestawienie (obok Helloweena czy Grave Diggera mieliśmy takie "kwiatuszki" jak Raubtier czy też Pain).

Występy na poszczególnych scenach następowały zaraz po sobie w formie roszady. Na szczęście dla tych, którzy hipotetycznie uparliby się zobaczyć koncerty wszystkich kapel, które miało do zaoferowania Rockstad: Falun, były one umiejscowione dość blisko siebie (jak na przykład mała i średnia scena), aby spragniona wrażeń metalowa brać nie musiała za nadto biegać. Ale, jeśliby jednak zdarzyło się, że koncerty na siebie nachodzą, to organizatorzy załatwili to w prosty sposób, umiejscawiając dużą scenę za niewielkim pagórkiem, jakieś sto metrów dalej. Wówczas nikt nikomu nie przeszkadzał grać, wszystko przebiegało płynnie i bez zakłóceń.

Na festiwalu oczywiście nie zabrakło miejsc, gdzie można było się zregenerować w trakcie koncertów. Niestety, nie było mi dane przetestować większości z tych wabików dla festiwalowiczów z prostej przyczyny - ceny na tego typu wydarzeniach są z założenia duże, a gdy jeszcze dodać do tego kurs szwedzkiej korony, to wychodzi z tego dla biednej Polki kombinacja zgoła zabójcza. Oczywiście jechałam tam ze świadomością faktu, że ceny alkoholu są tam barbarzyńskie, ale kiedy zobaczyłam piwo za około 80 SEK (według aktualnego kursu to jest, bagatela, prawie 35 PLN), to zwiałam z namiotu piwnego z podkulonym ogonem i mocnym postanowieniem, że już tam więcej nie wrócę. Jedyne czego sobie na terenie Rockstad nie mogłam odmówić, to był lángos oraz kebab z łosia (sic!), którego spróbowałam od koleżanki. Dziczyzny na co dzień nie jadam, acz przyznać muszę, że mięsko z łosia jest naprawdę smaczne. Myślę, że w przyszłym roku skuszę się na wersję pełnowymiarową.

Tyle słowem wprowadzenia. Przejdę do konkretów, czyli dwóch kolejnych dni festiwalu.

**DZIEŃ PIERWSZY**

Jako Polka nie znająca kompletnie tutejszych składów, postanowiłam sobie odpuścić scenę lokalną i występy kapel grających po południu dnia pierwszego. Żaden z zespołów spełniających ww. warunki nie znajdował się na mojej liście "must see", tak więc pierwszym zespołem, na którego koncert się wybrałam był Szwedzki Raubtier. Niezorientowanych spieszę poinformować, że Drapieżnik z Haparandy gra industrial metal i to całkiem szworny, jak by to rzekł mój kumpel ze Śląska, w swej prostocie. Odpowiedzialne za tenże projekt są dokładnie trzy osoby: pan Hulkoff, pan Buffeln oraz Gustaf Jorde. I, jak lubię Raubtiera, to muszę przyznać, że nie jest to muzyka wybitnie skomplikowana, wyrafinowana. Jednak na koncercie, innym, tak jak i mnie, nie przeszkadzało to w żadnym stopniu i jak jeden mąż darliśmy nasze szanowne buźki "ACHTUNG PANZER!" na pełnym regulatorze. Muszę się też pochwalić, że jeden z moich kumpli spreparował nieziemsko wyglądającą flagę na koncert Raubtiera, która prezentowała się następująco:

 Raubtier with polish fanclub flag

Nie byłam na sesji autografów Raubtiera, ale kumpel powiedział, że kolesi z zespołu po prostu na ten widok zatkało. Hulkoff tak się tym przejął, że kiedy poproszono go, aby napisał na fladze "For Polish Panzer Battalion", walnął literówkę i nakreślił na fladze "For Polish Ranzer Battalion". Powiedział, że nikt, żaden Szwed by czegoś takiego nie zrobił sam z siebie, co było nadzwyczaj miłe usłyszeć z jego ust.

To jednak nie koniec przygód polskiej flagi Raubtiera. Nadzialiśmy flagę na kijek i udaliśmy się kolektywnie (ja plus kilku kumpli) pod główną scenę, aby zająć dobre miejsca pod sceną. Jeden z nas studiuje skandynawistykę i bardzo dobrze rozumie szwedzki, dzięki czemu wywiązała się dość zabawna sytuacja. Mianowicie, kiedy już zainstalowaliśmy się pod sceną, jakiś Szwed krzyknął coś w naszym kierunku. Oczywiście, nikt z nas nie zrozumiał o co gościowi chodzi, oprócz kumpla skandynawisty, który od razu zaczął szaleńczo rechotać. Co się okazało, ów Szwed zapytał nas po prostu głośno "gdzie takie flagi można kupić?", co, rzecz jasna nas ubawiło setnie i korciło mnie, żeby krzyknąć do niego, że takie flagi to tylko w Tesco ;)

Następnie po Raubtierze udałam się pod scenę średnią, aby obejrzeć sobie koncert Entombed, ale jedynie "uszczknęłam" kawałek ich koncertu, raptem dwie piosenki, ponieważ potem miałam coś innego do roboty. Tak czy owak, Entombed to solidna rzecz, godna polecenia.

Dzień pierwszy wieńczył występ Sabatonu, pośrednio gospodarzy tego festiwalu, dzięki któremu de facto w Falun się znaleźliśmy. Koncert nie byłby w zasadzie niczym nadzwyczajnym, jednak Sabaton postanowił go uatrakcyjnić i uczynić szczególnym. A na to składało się kilka rzeczy. Po pierwsze - efekty pirotechniczne. Chłopcy założyli się z ekipą z Paina, że będą mieli lepsze pyro od nich. Jako wielokrotna uczestniczka koncertów Sabatonu muszę przyznać, że faktycznie, były nieco insze niż zazwyczaj, ale na kolana nie powaliły, przynajmniej mnie. Acz przyznać muszę, że bańki mydlane (tak, nie przesłyszeliście się) puszczone podczas jednego z kawałków były tak nie na miejscu, że aż mi się spodobały.

Po drugie, Sabaton zaprosił kilkoro gości, którzy mieli występ uświetnić. Był więc Frédéric Leclercq z DragonForce podczas piosenki "White Death", który swojego czasu przez chwilę zastępował Rikarda Sundena na trasie, ponieważ oryginalny gitarzysta, jako świeżo upieczony tata, postanowił spędzić trochę czasu z żoną oraz nade wszystko niedawno narodzoną córeczką.

Kolejnym gościem okazał się być nikt inny jak Chris Boltendahl z Grave Diggera, który zaśpiewał "The Art Of War" miast Joakima. I mimo, iż Chris ma zbliżone brzmienie swego głosu do Jockego, tak w tym kawałku sprawdził się umiarkowanie. Jego występ można było potraktować jako ciekawostkę przyrodniczą, nic więcej. Nie mogę powiedzieć, że wokalnie piosenkę bestialsko zarżnął, bo tego zaszczytu dostąpiła następna osoba goszcząca tego dnia na scenie z Sabatonem, mianowicie Udo Dirkschneider, który wykonał "Into The Fire". Nigdy nie byłam fanką Acceptu, ani tym bardziej U.D.O. i nigdy nie odpowiadała mi maniera wokalna Udo. Nie mniej jednak, facet zrobił naprawdę świetnej piosence niewyobrażalną krzywdę. Pasował tam jak kwiatek do kożucha i nie mogłam się doczekać, aż skończy się produkować, a kiedy już przestał, odetchnęłam z ulgą.

Z tego co wiedziałam, to Sabaton miał przewidzianego jeszcze jednego gościa w planach i ku mojej ogromnej radosze i, co tu dużo mówić, wielkiemu zaskoczeniu, właśnie on zmył paskudne wrażenia natury estetycznej po popisach Chrisa i Udo. Był to zespół Van Canto, niemiecki skład wykonujący acapella power metal. Charakteryzują się oni tym, że jedynym instrumentem, jakiego potrzebują na scenie jest tak naprawdę perkusja, nic więcej. Całą resztę "załatwia" piątka wokalistów, produkując dźwięki różne i podłużne. Van Canto nie było mi znane przedtem, ale na Trygława i Swaroga, po ich wykonaniu "Primo Victoria" stałam się z miejsca ich fanką. Poniżej filmik, nakręcony co prawda dzień później, podczas ich własnego występu, ale żeby pojąć fenomen Van Canto, trzeba ich posłuchać na żywo, do czego Was gorąco namawiam:

[youtube http://www.youtube.com/watch?v=Hb6UBSIr6w4]
Jak dla mnie zdecydowanie najlepsza niespodzianka, jaką Sabaton mógł zaserwować swoim fanom tego wieczoru. Jeszcze długo po koncercie bowiem wraz z ze znajomymi nuciliśmy owo (chwytliwe jak jasna cholera) "digi dam digi dam digi dam dam dam" ;)

**DZIEŃ DRUGI**

Słowo się rzekło, fanką Van Canto zostałam, toteż mimo, że nie miałam początkowo w planach iść na ich koncert, tak o wyznaczonej godzinie stawiłam się pod sceną i zaczęłam podobnie jak publika głośno domagać się wyjścia na scenę sekstetu z Niemiec. Jako, że już mniej więcej przybliżyłam Wam, kim oni są, może więc napiszę o reakcji tłumu na zespół. Była ona - jak na Szwecję - wyjątkowo entuzjastyczna i śmiem nawet napisać, że wręcz żywiołowa. Szwedzi do wybitnie spontanicznych narodów pod sceną nie należą, ale Van Canto udało się z nich wykrzesać naprawdę sporo emocji.

Swoją drogą, są oni naprawdę wdzięcznym obiektem do fotografowania, taka mała wskazówka dla fotografów, którzy być może kiedyś przeczytają to, co teraz pracowicie piszę. Zwłaszcza Ross, który ma wyjątkowo podzielną uwagę i chętnie pozuje do zdjęć fotografom w photo picie.

I ostatnia rzecz a propos Van Canto - jeśli będziecie mieli okazję, to pójdźcie kiedyś na ich koncert. Choćby tylko po to, aby zobaczyć, jak Stefan robi gitarową solówkę... no, ustami. Osobiście szczęka mi opadła na ziemię i długo potem nie mogłam jej znaleźć.

Ostatnim zespołem, na jaki się wybrałam w Falun był Pain i mogę powiedzieć, że na ich występ czekałam najbardziej. Ogromnie cenię sobie twórczość Petera Tägtgrena, to raz, a dwa, chciałam wreszcie rozstrzygnąć, kto w końcu wygrał zakład z pirotechniką, Pain czy Sabaton. Wiedziałam jednak, że będzie ostro, ponieważ photo pit pomniejszono o spory kawałek za pomocą taśmy a la ta policyjna. Jak się prędko okazało, nie bez powodu.

PainPo znajomo brzmiącym intro (słynna wstawka 20th Century Fox, znana każdemu maniakowi kina) koncert otworzył pierwszy kawałek z nowej płyty "Let Me Out", którego początek już przesądził o zakładzie i zasadności umieszczenia pod sceną taśmy. W momencie kiedy Peter wrzasnął do mikrofonu, niemal cała scena utonęła w iskrach, które buchnęły obficie dosłownie ze wszystkich stron sceny, z boków, z góry i z dołu. Mało tego, w pewnym momencie dosłownie podpalili talerze perkusyjne, co wyglądało naprawdę efektownie. W ruch poszły także serpentynki i konfetti (pojęcia nie macie, jak się cieszyłam, że nie muszę tego na drugi dzień sprzątać), o projektorach ogniowych nie wspomnę. Zdaje mi się też, że Pain musi mieć znakomitego oświetleniowca, a już na pewno kreatywnego (ergo czerwone światła udające policyjne koguty podczas pierwszego riffu do "It's only them"; niby nic nadzwyczajnego, ale urzekło mnie mocno). Później dowiedziałam się, że Pain wydał summa summarum 18,000 euro na same pyro (sic!), ale nie mogę powiedzieć, żeby była to źle wydana kwota. Zresztą, ocenę pozostawię wam:









Koncert sam w sobie pozostawił we mnie, rzecz jasna, niedosyt i to znaczny. Ale tylko i wyłącznie dlatego, że Paina mogłabym słuchać bez końca. Mam jednak na uwadze, że Pain to nie ManOwaR i nie zagrają pięciogodzinnego setu uwzględniającego prawie całą ich dyskografię. I mogą sobie ludzie mówić, że Peter wygląda jak śledź, mam ich w głębokim poważaniu. Ważne, że tworzy genialną muzykę.

To by było na tyle, co mam do powiedzenia na temat Rockstad od strony czysto rozrywkowej. Mam nadzieję, że choć w niewielkim stopniu Wam się podobało ;)

You Might Also Like

1 komentarze

  1. [...] razy w Finlandii (Kuopio i Helsinki) i raz w Niemczech (Berlin), a Paina widziałam w Szwecji, w Falun. Tak więc wyjazd do Zlína był w zasadzie weekendowym wypadem aniżeli wyprawą, bo z Wrocławia [...]

    ReplyDelete

Instagram feed

Like us on Facebook