Septicflesh - The Great Mass

00:14


O brutalności, operze i chirurgicznej precyzji.

Septicflesh znam i kojarzę od dobrych paru lat i wiem, że jest to formacja, po której nie mogę się spodziewać byle chałtury. Do kręgu ich fanów wstąpiłam bez wahania odkąd po raz pierwszy przesłuchałam album „Sumerian Demons”. Połączenie monumentalnych partii orkiestralnych z death metalowym pazurem urzekło mnie bez reszty. Bo prawdą jest, że niewiele jest zespołów, które tworzą tego rodzaju muzykę i nie zjadają przy tym własnego ogona bądź też stają się tak pompatyczne, że okazują się być własną groteskową karykaturą (dla mnie taką nadętą kapelą jest szwedzki Therion. Tak, możecie mnie zjeść w komentarzach, ale zdania nie zmienię). W przypadku Septicflesh jest odwrotnie - wkomponowanie orkiestracji stanowi naturalne dopełnienie partii deathmetalowych oraz istotny, w zasadzie integralny rdzeń ich twórczości. Już ich poprzedni album „Communion” został obwołany jako arcydzieło, które powinno znaleźć się w Międzynarodowe Biuro Miar i Wag w Sèvres pod Paryżem jako doskonały wzór mieszanki death metalu oraz elementów symfonicznych. Seth i spółka ustawili poprzeczkę niebotycznie wysoko, ale udało im się ją przeskoczyć i na nowo zdefiniować pojęcie epickości najnowszym krążkiem „The Great Mass”, która na nowo eksploatuje to pojęcie. Tym razem jednak jest ostrzej, mocniej i jeszcze bardziej bezkompromisowo.



Album rozpoczyna utwór „The Vampire From Nazareth”, który ukazuje nam przedsmak tego, co nas czeka w dalszej części albumu. Po przesłuchaniu całości rozumiem teraz, że nie bez powodu został on wybrany na singiel promujący „The Great Mass”. Było to działanie rozmyślne, bo „Wampir” jest przeto kwintesencją stylu Septicflesh w pigułce. Kawałek zaczyna się niepozornie, łagodną śpiewną intonacją pewnej niewiasty, od której co poniektórym mogą przejść ciarki na grzbiecie. Mi początek bardziej przypominał fragment soundtracka z filmu typu dark fantasy, coś jak „Kręgosłup diabła” czy też „Labirynt fauna”. Utwór powoli wzbiera na sile i dźwiękach, aby ostatecznie uderzyć w słuchacza z siłą tsunami i zmieść z powierzchni ziemi za pomocą tak zwanej „ściany dźwięków”. „Wampir” jednak zaskakuje – w pewnym momencie przestaje robić ze słuchacza miazgę i galopada zwalnia, aby przejść do swego rodzaju, wybaczcie skojarzenie, kantyczki wywodzącej się z jednego z krajów wchodzących w kręg kulturowy Bliskiego Wschodu.

Ale nie poprzestawajmy na tym jednym utworze, słuchajmy dalej. A moim skromnym zdaniem, im dalej w las, jest tylko lepiej. Jako że ateńskie gremium to specjaliści od kreowania nadzwyczajnego nastroju, mogę powiedzieć, że atmosfera na płycie współgra z nazwą zespołu (ang. Skażone Ciało, a gr. sēptikós znaczy „zgniły”) i wcale nie w sensie pejoratywnym. W trakcie „Five-Pointed Star” jest nam dane niemal poczuć zapach wilgotnego, zatęchłego powietrza, które charakteryzują stare zamczyska, ja sama złapałam się w pewnym momencie na wciąganiu nosem powietrza, aby zapach lepiej się zadomowił w moim nosie. Nie wiem jak wy, ale ja oblizuję place i mruczę pod nosem z zadowolenia.

Kolejny utwór, dający chwilę wytchnienia, „The Undead Keep Dreaming”. Zespół spuszcza z tempa – duży plus, dało to bowiem efekt zgoła piorunujący jeśli idzie o jakość piosenki, która mimo iż wolniejsza, nie traci wcale nic na mocy. Swoją drogą, muzyka w tym kawałku przywiodła mi na myśl po pierwsze cmentarz z cyklu tych, na które nikt nie chciałby się zapuścić samotnie po zmroku. Powietrze cmentarne sugeruje również inspiracje twórczością H.P.Lovecrafta – kto czytał, ma pojęcie, co mam na myśli. Sądzę, że gdyby (hipotetycznie) tworzono ekranizację opowiadania „Ogar” bądź „W grobowcu”, to autor skory byłby poprzeć kandydaturę tego numeru jako jednego z utworów na soundtrack do tegoż.

„Rising” oraz „Therianthropy” warto się przysłuchać ze względu na przepiękną warstwę liryczną, zaś „Mad Architect” to już ostra jazda bez trzymanki. „Upiór w operze”? Skojarzenie jak najbardziej na miejscu moim zdaniem. I co Wam powiem, to Wam powiem, ale jeśli tylko będą grali spektakl, gdzie ten utwór będzie uwzględniony, to jak opery nie znoszę, bo czuję się jak flaming wśród tych wszystkich nadętych widzów, to obwieszczam niniejszym, że wówczas ubiorę lakierki, ładną kieckę i pognam w podskokach do opery.

Zauważyłam jeszcze, że tak naprawdę jednym z większych atutów albumu jest harmonia pomiędzy „elementami składowymi”, które, jeśli dałoby się je wyodrębnić, do najmocniejszych technicznie nie należą. Jednak współbrzmią one razem tak dobrze, ponieważ ich pojawianie się zostało z zegarmistrzowska precyzją zaplanowane. Ponadto, całość jest bardzo spójna. Fuzja tych elementów – ryku Setha, czystych wokali Sotirisa (których pojawianie się momentami przyprawiało mnie o ciarki na plecach), ciężkich riffów, partii orkiestry - tworzy coś, nie boję się tego powiedzieć, pięknego. Pozornie jest to combo trudne do przełknięcia – w końcu każdy przypadkowo napotkany i zapytany przechodzień zapewne uznałby, że mam nierówno pod sufitem, skoro uznaję te „szatańskie wrzaski” na tle orkiestry za godne podziwu. Myślę jednak, że jest rzeczą łatwą podziwiać coś, czego piękno jest oczywiste, ogólnie uznane i namacalne. A zachwyt nad czymś pozornie szpetnym jest zadaniem trudniejszym, ale i – na dłuższą metę – o wiele bardziej wartościowym. Bo kto wie, co kryje się pod przykrywką urywających głowę wrzasków i niszczycielskiej siły gitar?

You Might Also Like

1 komentarze

  1. [...] zniewalająco piękna – naprawdę nie jestem w stanie napisać więcej niż napisałam w recenzji tego krążka parę miesięcy temu. Do Waszych wyobraźni powinno Wam jednak mocno przemówić to, [...]

    ReplyDelete

Instagram feed

Like us on Facebook