Morbid Angel – Illud Divinum Insanus

23:20


- czyli jak ma się death metal do Hiszpańskiej Inkwizycji.

Przyznam się na wstępie, że nigdy nadto nie słuchałam Morbid Angel, a nowy album zaopatrzyłam się z ciekawości, żeby się przekonać, dlaczego gawiedź tak narzeka na „Illud Divinum Insanus”. Możecie mnie z tego powodu uważać za osobę nieodpowiednią do popełnienia tej recenzji, ale swoje zdanie tak czy owak zamierzam przedstawić z prostego powodu. Mimo, że nie znam ich twórczości przekrojowo, to wiem mniej więcej, czego mogę się po nich spodziewać, bo wiem z czym się je death metal. I niech mnie Trygław i Swarożyc uchowa, ale na pewno nie spodziewałam się tego, co faktycznie dostałam wraz z ich nowym krążkiem, którego pojawienie się na rynku wywołało podobny efekt, jak wyskakująca zza drzwi Hiszpańska Inkwizycja.


Zanim zaczęłam pisać tę recenzję, postanowiłam jednak przejrzeć z grubsza to, co się pisze na temat nowego krążka MA w sieci. Pierwszy rzut oka i już widać, że opinie są skrajnie podzielone – część uznała Anioła za tak schorzałego, że już nie do odratowania, wręcz umarłego, inni utyskują, że Morbidzi się sprzedali (co, wedle większości, na jedno wychodzi), a na samym końcu listy znalazła się garstka tych, którym album przypadł do gustu plus grupka nowych fanów na co dzień słuchających industrialu. Nastrojona bynajmniej mało optymistycznie do pisania po przeczytaniu wszystkich rewelacji, bądź co bądź strwożona odpaliłam płytę.

„Omni Potens”, bo tak brzmi nazwa pierwszego kawałka, a zarazem intra, nieco odstaje od reszty albumu. Początkowo pomyślałam, że pomyliłam płyty, bo „Omni Potens” jakimś dziwnym trafem skojarzyło mi się z Finntrollem i klimatami okołofintrollowymi. Wiecie, jaskinia oświetlona pochodniami i snujące się po niej trolle. Po dwóch minutach intra znowu mam wrażenie, że pomyliłam albumy, bo „Too Extreme!” jako pierwsza z piosenek wyskakuje zza drzwi w czerwonej sutannie i równie czerwonym kapeluszu na głowie, lejąc mnie po głowie na wskroś industrialowym beatem. Może przez pomyłkę włączyłam jakiś split Eisenfunka z Deicide? Niestety, po sprawdzeniu okazuje się, że nic takiego nie zaszło – płyta w odtwarzaczu to Morbid Angel jak za, przeproszeniem pańskim, jasna cholera i nie chce ni diabła stać się jakimkolwiek innym krążkiem. Wracając jednak do piosenki - jak część z Was pewnie wie, że industrial generalnie lubię i nie mam nic przeciwko niemu, ale w wydaniu Morbidów niekoniecznie mi leży. Jeśli to jest ich sposób na eksperymentowanie, to myślę, że w dobrym tonie byłoby napisać jakąś uprzejmą petycję do Davida i spółki o treści mniej więcej takiej: "Chłopaki, to wy może nie sprawdzajcie się więcej w innych gatunkach, a róbcie to, co potraficie najlepiej, a industrial zostawcie Rammsteinowi, hę?". A nóż widelec podziała?

Nie zrozumcie mnie teraz źle – nie mówię, że eksperymentowanie z własnym brzmieniem jest złe. Ba, w tak hermetycznym gatunku jak death metal nawet jest, moim skromnym zdaniem, wskazane. Wszystko zależy od formy tejże zabawy z dźwiękiem. Żeby daleko nie szukać – jakiś czas temu popełniłam recenzję albumu „Death Gods” zespołu Deathchain, którzy zanim nagrali ów krążek, nieustannie łupali poprawny, nie wyróżniający się niczym death. Skry sypały się im spod gitar aż miło, pot się lał po plecach, ale co z tego, skoro to wciąż była jedna i ta sama galopada? Aż tu nagle na „Death Gods” postanowili na chwilę spuścić z tempa. Wyszło prze-miodnie, choć tak na dobrą sprawę nie zrobili niczego nadzwyczajnego i przy okazji wywindowali swoją muzykę na zupełnie inny poziom. Da się? Da się. Morbidzi jednak ze swoim eksperymentowaniem, niestety, lekko przeholowali. Łączenie dwóch gatunków z reguły jest ryzykowne, a dla takiego zespołu, mało tego, pokusiłabym się o nazwanie Morbid Angel wręcz wyrobioną, uznaną marką, za co najmniej zabójcze.

„Illud Divinum Insanus” na szczęście swoje (i nasze) zawiera w sobie piosenki typowo death metalowe, aby fani nie mieli żadnych wątpliwości (które po wicu pokroju „Too Extreme!” mogę uznać za w pełni uzasadnione). „Existo Vulgoré”, „Blades For Baal” czy „I Am Morbid” to solidna dawka deathu, które są zasadniczo okej – okraszone sutą porcją solówek, wpisujące się w konwencję, z agresywnym wokalem (którego znieść nie mogę, ale to tak na marginesie). Więc czego się czepiam? Czego moja wybredna dusza pragnie? Niby wiem, że po ćwierć wieku w szoł bizie (a tyle bodaj Morbid Angel już gra ku uciesze swoich wielbicieli) ciężko jest czymś publikę zaskoczyć, ale o to właśnie się rozbija. Kawałki, eufemistycznie mówiąc, rzyci nie urywają, nie wgniatają w fotel i powodują, że cała metalowa brać pada na kolana, bijąc pokłony. Rzecz kolejna a propos utworów na albumie – czytając niektóre recenzje w internecie, przyszło mi do głowy, że ta ichnia „przygoda” z industrialem może być pewną formą zwrócenia na siebie uwagi, w ramach zasady „będą nas kochać albo nienawidzić, byleby tylko nie byli obojętni”. Jest to smutne, jak przejechany jeż na Zakopiance, ale mam nadzieję, że się mylę, że ten perfidny cynizm nie dotknął jeszcze wieloletnich, doświadczonych muzyków.

Reasumując, płyta jest stylistycznie rozsypana i mamy huśtawkę – od przeciętnego deathu do kiepskiego industrialu i tak w koło Macieju. Wyszło to licho. Z mojej perspektywy, ta niecała godzina przeznaczona na słuchanie tego wydawnictwa była najbardziej katorżniczą godziną w moim życiu. Muzykiem, co prawda, nie jestem, ale wydaje mi się, że chłopaki powinni się udać w jedną stronę, bo to rozproszenie nie daje piorunującego efektu. Tak więc albo grać zajebisty death albo bombastyczny industrial. Bo coś mi się widzi, że panowie chcieli złapać kilka sroczek za ogon i zamiast ogonka, zostały im w rękach tylko piórka...

You Might Also Like

0 komentarze

Instagram feed

Like us on Facebook