Eluveitie - Helvetios

00:25

- czyli In Flames goes folk metal.

Do pisania tej recenzji zasiadłam z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony, nowy album Szwajcarów zasługuje na głęboki szacunek ze względu na temat, jaki wzięli na warsztat. Wszak „Helvetios”, jakby nie było, traktuje o ich korzeniach i historii (a myśleliście, że skąd się wzięła zamienna nazwa Szwajcarii – Helwecja?). A z drugiej strony, jeśli idzie o warsztat muzyczny, to gdzieś umknęła obecna na poprzednich płytach melodyjność i chwytliwość, która sprawiła, że zadeklarowałam się pozostać ich fanką po wsze czasy. No i mam ci ja zagwozdkę.




Helvetios ze wszech miar zapowiadał się dobrze – będzie chór, będzie koncept album, będzie moc i wykop z półobrotu. Ta, obiecanki macanki, a głupiemu radość. Bo słucham albumu po raz kolejny i mam coraz większe wrażenie, że były to jeno szumne zapowiedzi. Czuję się raptem lekko poklepana po plecach, a zwykle moje wrażenie z obcowania z muzyką Eluveitie przypominały agresywne zaznajamianie się zębami z krawężnikiem. Piosenki takie jak „Everything Remains As It Never Was”, „Primordial Breath” przenikały mnie na wskroś, miziając wibrującym brzmieniem po kręgosłupie od góry do dołu i przyczyniały się pośrednio do zagłady ludzkości, ponieważ prowokowały mnie do śpiewania (które to jest zabójcze dla ludzkiego słuchu). Na okazji przesłuchiwania „Helvetios” niemal ani razu nie czułam tych wibracji i nie miałam ochoty powydzierać się razem ze Chrigelem. Ba, ciężko mi było nawet wysłuchać albumu do końca, co najbardziej mi na wątrobie leży. Podobnie jak i mniejsze wyeksponowanie elementów folkowych, które, zaaplikowane w odpowiednim momencie (a wierzcie mi, w tej kwestii Szwajcarzy mieli do tej pory niesamowite wyczucie chwili), powodowały momentalne ciary na moim grzbiecie. Darujcie, ale w tej chwili Eluveitie pobrzmiewa dla mnie bardziej jak losowy zespół z grona grających szwedzki z goteborskiego zagłębia melo-deathowego ze wstawkami folkowymi. Jest mi z tego powodu smutno bardzo, bo akurat z kapelami pokroju Dark Tranquility niekoniecznie jest mi po drodze.

Czy Helvetios to zatem album na wskroś zły? Nie powiem „tak”, bo jako miłośniczka folku czuję się w obowiązku ponarzekać na muzykę, która generalnie porywa mnie w równym stopniu, co projekt Wartburga. Co prawda zdaje mi się, że Helvetios ma ogólną tendencję wzrostową, bo im bliżej końca albumu, to poziom rośnie, bo kawałki takie jak The Siege, Alesia czy Uxellodunon, podobają mi się bardziej niż mniej więcej środkowa część krążka, która mnie zasadniczo rozczarowała. Piszę „zasadniczo”, bo na płycie znajduje się jedna perełka, której istnienia się nie spodziewałam wcale, a urzekła mnie ona dokumentnie. Mówię tu o „A Rose For Epona”, w której na pierwszy plan wysuwa się Anna Murphy, po raz kolejny udowadniając, że jest nieziemsko zdolną wokalistką. Ale pomijając już kwestie muzyczne oraz wokalne, tło właśnie tej piosenki spowodowało, że moja szanowna szczęka opadła na podłogę. Dawno nie widziałam tak dobrego tekstu, który miał po pierwsze, ręce i nogi, a po drugie, w tak prosty i nieskomplikowany opisywał wylewanie żalów podmiotu lirycznego (z tego co pamiętam, zespół określił, że była to młoda galijska kobieta) w stronę swojej patronki, bogini Epony. Która to, miast chronić jej lud, zostawiła go na pastwę losu, samym sobie, właśnie wtedy kiedy jej potrzebowali. Naprawdę, nie jestem w stanie sobie przypomnieć piosenki w podobnym tonie w dyskografii jakiegokolwiek zespołu, która byłaby tak poruszająca i piękna. Jedyną rzeczą, której mogłabym się na siłę uczepić jest fakt, że pojawia się dopiero jako dziewiąta, kiedy już część słuchaczy mogła już się zdrzemnąć.

Kolejna rzecz, która mnie zawsze w twórczości Szwajcarów urzeka, a do czego już troszeczkę nawiązałam, to teksty. W tej kwestii Eluveitie stawia poprzeczkę wysoko niemal od zawsze – nie wiem ja Wy, ale przyznam, że zdarzyło mi się zerkać do słownika przy niektórych angielskich słówkach (a tym językiem władam przecież nieźle). Nigdy też mi nie przeszkadzało, że język w ich tekstach jest nadto wymyślny w złym tego słowa znaczeniu. Jest stylizowany na mowę dawnych plemion i uważam, że naśladuje je całkiem dobrze. A będąc przy temacie tekstów, nie mogę nie wspomnieć o wtrętach galijskich, którymi dyskografia Eluveitie jest mocno okraszona. Jest to kolejny smaczek, którego urokowi oprzeć się nie potrafię, choć nie mam pewności, a tym bardziej okazji sprawdzenia, czy galijski w ich wykonaniu jest poprawny, czy też nie. Ot, takie moje małe spaczenie lingwistyczne.

Wracając jednak do meritum sprawy, bo już chyba nic mądrego więcej nie powiem – album nie jest zły. Jest jednak przeciętny do bólu i mimo oczywistych highlightów w drugiej połowie płyty, dla mnie nie jest to absolutny must have. I tym miłym akcentem kończąc, wracam odkurzyć „Everything Remains As It Never Was”.

You Might Also Like

0 komentarze

Instagram feed

Like us on Facebook