Edguy - The Age of the Joker

22:25

Odgrzewany schabowy raz, pani Halinko!

Do „Age of the Joker” podeszłam jak pies do jeża, nauczona doświadczeniem, że nie powinnam podchodzić od pewnego czasu do nowych nagrań tej formacji nadto entuzjastycznie, jak to miałam w zwyczaju.



Fanką Edguya stałam się w czasach wydania „Rocket Ride”, które było w moim skromnym mniemaniu albumem bezbłędnym – Tobi wraz z zespołem, który dotychczas grał niczego sobie power metal, otworzyli się na hard rock, a owocem tego konglomeratu było właśnie owo nagranie. Później odkryłam „Hellfire Club”, któremu biłam pokłony i do dnia dzisiejszego żywię do tej płyty spory sentyment, podobnie jak do „Vain Glory Opera”. Katowałam te albumy do znudzenia przez, o ile się nie mylę, większość liceum i końca nie było widać. Uwielbiałam muzykę Edguy'a, piosenki o lekkim zabarwieniu erotycznym (choć jak teraz o tym myślę, to gdyby Tobi jakimś cudem zadedykowałby mi, a nawet zaśpiewał „Fucking With Fire”, to na dzień dzisiejszy sprzedałabym mu kopa glanem w rzepkę) oraz wszechobecny humor, pewien rodzaj dystansu zespołu do samych siebie. Toteż niecierpliwością czekałam na następcę „Rocket Ride”, „Tinnitusa Sanctusa”, który... ululał mnie do snu nie gorzej niż koncert My Dying Bride. Kiedy się wreszcie obudziłam, poczułam się mocno zawiedziona. Album był nudny jak tekst konstytucji PRL-u, nużył i nie proponował niczego ekscytującego, żeby słuchacza rozbudzić. I choć początkowo traktowałam „Tinnitusa” jako chwilowy spadek formy, to do Jokera postanowiłam profilaktycznie podejść z rezerwą. Nawet słysząc szumne zapowiedzi Tobiego, jaki to „The Age of the Joker” będzie prima sort materiał. I, psiakrew, miałam rację, że nie jednak nie będzie.

Jako muzyczny profan, który muzyki słuchać lubi, acz niekoniecznie ją rozumie, nie mogę z całą pewnością stwierdzić, że szybki zjazd na równi pochyłej ekipy z Fuldy, ma takie czy inne przyczyny. Bo nie mam najmniejszego pojęcia, co się stało, że jednostajnie pnący się do tej pory do góry Edguy zleciał na łeb na szyję. Nie mnie wiedzieć, gdzie się ulotniła cała energia i cały polot, który pozwalał zespołowi na tworzenie wręcz bombastycznych hiciorów, które możemy spotkać na starszych albumach. Jedyne, co mogę stwierdzić na pewno, to to, że Joker jest o włos lepszy od poprzednika, bo nie uśpił mnie od razu. Choć to, niestety, nie jest żadne osiągnięcie.

Nie wnikając głębiej w ciąg przyczynowo skutkowy – przejdźmy do konkretów, czyli co mnie w tym wydawnictwie boli. Ano to, że człowiek słuchając ma nieustające uczucie deja vu. Nawet nie pokazując palcem konkretnych piosenek, słuchając Jokera miałam wrażenie, że gdzieś już je słyszałam. Chłopcy z Edguy'a zdają się ciągle stosować sprawdzone recepty, nie bawiąc się w innowacje, kunktatorsko przetwarzając stare motywy. Zgoda, bycie eko jest podobno na czasie, ale, do diabła, jakbym sobie chciała posłuchać „Hellfire Club”, to zrobiłabym to, nie bawiąc się w odpalanie „The Age of the Joker”. Na dodatek miałabym większą radochę ze słuchania, bo Joker HC nawet do pięt nie dorasta. Dalej – zawsze mi się wydawało, że jeśli już faktycznie zabieramy się za naśladownictwo, to robimy to tak, żeby nikt się nie zorientował. Pamiętam, że Tobi w swoim megalomańskim uniesieniu powiedział gdzieś, że oni wiedzą, że ten album jest dobry, ich producent wie, że ten album jest dobry i jeśli ktoś uważa inaczej, to może ich co najwyżej w rzyć cmoknąć. I do pewnego momentu się z nim zgodzę, bo album jest okej sam w sobie, ale, u diabła, nie z takim dorobkiem, jaki właśnie TA kapela posiada w zanadrzu! Bo kiedy porównamy go z wydawnictwami wcześniejszymi, to Joker wypada anemicznie. Wiem, „Hellfire Club” to kawał dobrej muzy i właśnie nim Edguy ustanowił poprzeczkę bardzo wysoko. Wybaczyć bym im mogła, gdyby nawet próbowali się w tę poprzeczkę wpierniczyć z hukiem (na przykład eksperymentując z innymi gatunkami, choćby i się nie udało), ale ani myślę odpuścić, kiedy próbują ją obejść dookoła.

Pewnie teraz ktoś zapyta – why so serious, dudette? Spieszę zatem z wyjaśnieniem. Jak już wspomniałam na początku, Edguy był moją wielką miłością dobrych parę lat temu. W okresie, kiedy biłam im pokłony i stawiałam ołtarze, niejednokrotnie zdarzało mi się bronić tej kapeli przed krytykantami różnej maści. Życzyłam im jak najlepiej, zagorzale kibicowałam i nawet przymykałam oko na kretyńskie żarty podszyte erotyką. Osłaniałam ich własną dorodną piersią dopóty, dopóki ich muzyka będzie naprawdę dobrej jakości. Dla mnie było to oczywiste, że za wsparcie oczekuję, że ich utwory dalej będą stały na wysokim poziomie. Po dwóch ostatnich albumach zaś czuję się zrobiona w balona. Bo Edguy, jak się zdaje, nie przyłożył się do pracy wcale, odbębnił pańszczyznę na zasadzie „a tam, fani i tak to zeżrą”. O nie, nie, nie, moi panowie. Teraz apel do was – gdyby nie fani, nie mielibyście sensu istnienia. Dzięki nam robicie to, co lubicie, dzięki nam jeździcie po świecie, zamiast gnić w biurze. Wiem, że możemy wam się wydawać mało istotni, bo stoicie o wiele wyżej niż my, zwykli nabywcy płyt. Przez takie albumy zaczynam wierzyć, że przestało wam zależeć na nas. A to kiepsko rokuje na przyszłość.


You Might Also Like

0 komentarze

Instagram feed

Like us on Facebook