Nightwish – Imaginaerum

21:59

- czyli „Piraci z Kraju Tysiąca Jezior i Niezatapialna Łajba”

Zawsze miałam i chyba mieć będę kłopot z tym Nightwishem. Moje odczucia w stosunku do pana Holopainena są, od czasu, kiedy wylali Tarję Turunen, co najmniej ambiwalentne. Bo co do tego, że Tuomas Holopainen nieprzeciętnym kompozytorem jest, wychodzi poza wszelką wątpliwość i na dzień dzisiejszy muszę mu oddać ten honor. Acz od czasu wywalenia Tarji (która de facto swoim głosem sprawiła, że Nightwish stał się rozpoznawalny i unikatowy na tle innych zespołów z żeńskimi wokalami) zalazł mi gość za skórę i to solidnie.



Bo czym może się wydawać postronnemu obserwatorowi wyrzucenie kogoś, kto miał taki wpływ na brzmienie kapeli, jeśli nie epickim strzałem w stopę? A dodatkowo na następczynię Tarji namaszcza dziewczynę, która muzycznie nie wyróżnia się w zupełności niczym, zarzyna na żywo piosenki poprzedniczki (co zrozumieć jeszcze bym mogła, bo pisane były pod poprzednią śpiewaczkę i do łatwych nie należały), że o jej własnych nie wspomnę. I bądź tu człowieku mądry i pisz w miarę obiektywnie na temat tego zespołu!
Pierwszy album z Anette Olzon na wokalu przyjęłam dość chłodno, zwłaszcza, że dalej nie chciało mi się wierzyć, że zamienili niesamowitą Tarję na wyżej wymienioną wokalistkę, która ani nie wyglądała dobrze, a tym bardziej śpiewała w porządku. Owszem, „Amaranth” mi całkiem przypadł do gustu, ale jak już pisałam, byłam śmiertelnie obrażona na cały Nightwish z Tuomasem na czele, że mieli czelność zmienić wakat wokalisty bez mojej pisemnej zgody w trzech egzemplarzach. Kolejna rzecz, na którą zwrócił mi uwagę kumpel i z którą się w zupełności zgadzam – Nightwish jako taki nie istnieje bez Tarji, tak samo w drugą stronę. Jak już pisałam, wokal pani Turunen wyróżniał ten skład pośród innych, grających podobną muzykę. Z kolei Tarji solo czegoś brakuje, a mianowicie kontrapunktu w postaci Marco Hietali. Jej piosenki są niezłe, ale na dłuższą metę są miałkie i trochę bez wyrazu. Powiedziałabym nawet, że świetne do słuchania do poduszki. A solidne pierdolnięcie w postaci równoważącego ją Marco dawało ten efekt, który tak wiele fanów kochało. Ale – czas leci, emocje, przedtem burzliwie się we mnie kotłujące stopniowo przygasły. A Nightwish wydał w tym czasie nowy album, „Imaginaerum”, który to jest bohaterem dzisiejszej recenzji. I postaram się maksymalnie odsunąć moje uprzedzenia na bok, choć nie obiecuję, że mi się uda powstrzymać przed złośliwościami.

Pierwsze, co mi się rzuciło w oczy (a raczej uszy) to to, że wokal Anette... przestał mnie tak niemożliwie irytować. Zgadza się, nadal zdarza mi się wyobrażać, jak hipotetycznie zaśpiewałaby Tarja w tym czy innym momencie, ale nie jest to już stan bliski apopleksji. Fakt ten objawił mi się, kiedy po raz pięćdziesiąty czwarty puszczałam sobie „Storytime” naprzemiennie z „I Want My Tears Back” na infinity loopie i wcale nie zanosiło się, abym miała przestać. I niech mnie diabli wezmą, jeśli właśnie nie doznałam właśnie satori. Zdaje się, że Anetka wreszcie w pełni się odnalazła na swoim miejscu. I im dłużej o tym myślę, to wydaje mi się, że nazywanie jej dziedziczką schedy po Tarji nie ma najmniejszego sensu. Anette operuje głosem o mniejszej skali, innej barwie i ma do zaoferowania zupełnie co innego, niż jej poprzedniczka. A to, czy ktoś ją lubi czy nie, to już kwestia w zupełności subiektywna. Osobiście za nią nie przepadam, i przepadać raczej nie będę, ale na szczęście etap „hejtowania” mam za sobą. Zaczynam powoli mieć do niej pewien rodzaj szacunku – w końcu zastąpienie posągowej Tarji jest nie lada wyzwaniem i podejrzewam, że początkowo wyjście na scenę, a następnie zaśpiewanie, kosztowało ją kupę nerwów. Wydaje mi się, że powoli zaczyna ona wychodzić z cienia swojej poprzedniczki i rozwijać się w dobrym kierunku.

Pod względem muzyki nie mam nic tutaj do zarzucenia. Nightwish zawsze trzymał poziom i moim zdaniem, tutaj też nie odstępuje od tej reguły. Wystarczy przesłuchać sobie dodatkowej płyty, która zawiera wszystkie piosenki z „Imaginaerum” w wersji instrumentalnej. Miły ukłon ze strony zespołu w stronę fanów, bo przyjemnie się tego słucha, a i może przypaść do gustu tym, którzy wokalu Anette znieść nie mogą.

Kolejna rzecz, która się w uszy rzuca, to to, że album jest bardziej zróżnicowany od poprzednich. Nie jest to li tylko symfoniczny power metal, bo mamy tu o wiele więcej smaczków – od jazzu, poprzez motywy irlandzkie (dudy w „I Want My Tears Back” tudzież zalatujące mocno Loreeną McKennitt „Turn Loose the Mermaids”), aż po ciężkie niczym puls wieloryba „Rest Calm”, które delikatnie wpada w doom metal. Tak więc, dla każdego coś miłego. Wydaje się jednak, że mimo tej różnorodności album jest niespójny – każda piosenka z innej parafii, która nie ma większego widocznego związku z poprzednimi. Obfitość inkoherencji może wyjaśnić fakt,że album jest również ścieżką dźwiękową do filmu fabularnego pod tym samym tytułem, który ma się ukazać w tym roku. W zasadzie Nightwish, wypuszczając najpierw album, a potem film, podważa sens pracy większości recenzentów, ponieważ zwykle jest na odwrót – to film wychodzi pierwszy, dopiero potem ścieżka dźwiękowa. Na ile zamierzony był to zabieg, będę się mogła przekonać po premierze tejże produkcji. Bo na chwilę obecną, ta niespójność może wiele osób razić.

Gdybym była wyjątkowo czepialską francą, to przyczepiłabym się jeszcze ostatnich dwóch kawałków. Do tych, którzy spodziewali się fajerwerków w finale – muszę Was rozczarować. „Song Of Myself” zapowiada się nad wyraz dobrze, przez pierwszą połowę piosenka kopie tyłki epickością najczystszą, aby przez ostatnie siedem minut ślimaczyć się jak student w drodze na kolokwium. Podobnie jak i zupełnie zbędne moim zdaniem tytułowe „Imaginaerum”, które jest kompilacją melodii z całego albumu w wykonaniu orkiestry. Nie wiem, jaki był cel tego zabiegu, ale trąca to lekko zadufaniem w sobie. Albo może kapeli się wydawało, że warto przypomnieć nam lejmotywy z całego krążka, bo zaraz po przesłuchaniu je zapomnimy? Jakbym chciała sobie przypomnieć któryś kawałek, to po prostu włączyłabym go sobie, zamiast puszczać sobie tę kompilację. Zupełnie bez sensu jak dla mnie.

Summa summarum, nie jest to produkcja zła. Słychać, że Tuomas włożył dużo serca (jak zawsze), i że Nightwish to jego oczko w głowie, na które będzie chuchał i dmuchał. Słychać też, że Anette okrzepła w kapeli i czuje się już jak u siebie. W zasadzie to spodziewałam się czegoś gorszego, a otrzymałam całkiem sympatyczną płytę, potwierdzającą, że członkowie Nightwisha są jak stare wilki morskie. Bo zatopić swojej łajby tak łatwo nie dadzą, a i przetrzymają niejedną burzę. Życzę im zatem, by trafiali tylko na spokojne wody.

You Might Also Like

1 komentarze

  1. tym razem Nightwish poszedł o krok dalej i połączył rocka z klimatem z najnowszych (najgorszych) bajek Disneya z klimatem polskiej remizy, wesela w remizie i kawałka „ona tańczy dla mnie”.
    Nie ma Tarji Turunen, nie ma Nightwish. Bolesna prawda, z którą trzeba się pogodzić.
    Żenujące popiskiwanie Anette Olson może podobać się tylko 8-letnim wielbicielkom Hannah Montana (czy jak tam się to pisze).

    ReplyDelete

Instagram feed

Like us on Facebook