Thursday, 21 June 2012

Korpiklaani - Ukon Wacka

Wrzucam jeszcze przed wyfrunięciem takiego oto kwiatka. Jest to jedna z moich wcześniejszych recenzji, minimalnie przeredagowana, a wrzucam ją, bo poczułam się strasznie zawiedziona ostatnim albumem Korpiklaani. I chyba nawet zaczęłam rozumieć, czemu na ich okładkach pojawia się leśny dziad. Prorocze okładki!

- "Ukłon... zaraz, czego?!"


Z Korpiklaani jest u mnie jak z alkoholem. Raz na jakiś czas mogę się napić, częściej nie, bo kończy się to zazwyczaj źle. Nie, po słuchaniu Korpiklaani nie mam kaca i (na szczęście) nie zwracam treści żołądkowej, ale faktem jest, że bardzo rzadko goszczą na mojej playliście. Owszem, miałam ongiś swoistą „Korpi - fazę”, kiedy potrafiłam się nimi raczyć po kilka pełnych godzin dziennie, gdzieś w okolicy wydania „Tales Along This Road”. Ten album, plus dwa pierwsze, puszczałam sobie w kółko aż do znudzenia. Co chciałam, to dostałam – Leśny Klan poszedł w odstawkę, a ja sama umiarkowanie śledziłam ich poczynania. Od czasu do czasu poszłam na ich koncert, sporadycznie posłuchałam w domu, ale szaleństwo minęło. Dwa wydania poprzedzające „Ukon Wacka”, które biorę dziś na tapetę, w ogóle nie ruszyłam. Dopiero przy najnowszym mnie coś tknęło i postanowiłam się mu przyjrzeć.

Monday, 18 June 2012

Sabaton - Carolus Rex


...oraz Karolek uroki rzucający.

 Przepraszam za brak jakichkolwiek aktualizacji na blogu, ale wynika to z kompletnego braku czasu. Dopadła mnie sesja, a wraz z nią zaliczenia i pisanie prac, stąd moja stagnacja twórcza. W tym momencie powinnam zasadniczo pisać dalej kolejną prackę i uczyć się na morderczy egzamin z historii mediów, ale postanowiłam jednak coś tutaj nasmarować dla relaksu. Bo podejrzewam, że następny wpis to będzie lawina zdjęć z Tuska Open Air, na który zabieram siebie oraz swój aparat. Tak czy owak – zapraszam.

 Niepisanym prawem w przypadku Sabatona jest dla mnie to, że przez pierwszych kilka (jak nie naście) przesłuchań, nie mogę się ni cholery do albumu przekonać. Tak było od samych początków mojego obcowania z zespołem z Falun. Z tego co pamiętam, to jedynym album, który uznałam za całkiem niezły od pierwszego przesłuchania, był „The Art Of War”. A i z nim nie było lekko. Tak więc, przywykłam i wiedząc o tym, że album od razu mi tyłka nie urwie, dałam sobie czas, żeby „Carolus Rex” mi się osłuchał. I co mogę o nim powiedzieć, kiedy już zdanie mam jako tako wyrobione? Gdybym była rażąco nieambitna w kwestii pisania recenzji, to napisałabym, że to cały czas Sabaton, jeno rozebrany na części pierwsze, z pozmienianą kolejnością ścieżek instrumentów i na nowo zmiksowany. A jako że rażąco nieambitna w kwestii pisania recenzji nie jestem, to możecie się spodziewać nieco dłuższej wypowiedzi (wszak temat bandów, które bardzo cenię, rozpisywać się lubię).