Korpiklaani - Ukon Wacka

00:37

Wrzucam jeszcze przed wyfrunięciem takiego oto kwiatka. Jest to jedna z moich wcześniejszych recenzji, minimalnie przeredagowana, a wrzucam ją, bo poczułam się strasznie zawiedziona ostatnim albumem Korpiklaani. I chyba nawet zaczęłam rozumieć, czemu na ich okładkach pojawia się leśny dziad. Prorocze okładki!

- "Ukłon... zaraz, czego?!"


Z Korpiklaani jest u mnie jak z alkoholem. Raz na jakiś czas mogę się napić, częściej nie, bo kończy się to zazwyczaj źle. Nie, po słuchaniu Korpiklaani nie mam kaca i (na szczęście) nie zwracam treści żołądkowej, ale faktem jest, że bardzo rzadko goszczą na mojej playliście. Owszem, miałam ongiś swoistą „Korpi - fazę”, kiedy potrafiłam się nimi raczyć po kilka pełnych godzin dziennie, gdzieś w okolicy wydania „Tales Along This Road”. Ten album, plus dwa pierwsze, puszczałam sobie w kółko aż do znudzenia. Co chciałam, to dostałam – Leśny Klan poszedł w odstawkę, a ja sama umiarkowanie śledziłam ich poczynania. Od czasu do czasu poszłam na ich koncert, sporadycznie posłuchałam w domu, ale szaleństwo minęło. Dwa wydania poprzedzające „Ukon Wacka”, które biorę dziś na tapetę, w ogóle nie ruszyłam. Dopiero przy najnowszym mnie coś tknęło i postanowiłam się mu przyjrzeć.

Zacznijmy od nazwy płyty, bo z tego co widziałam, przeglądając strony poświęcone Korpiklaani, czy to na last.fm czy to na facebooku, Polakom ogromnie przypadł do gustu jako wyjątkowo trefny. Ale, na Trygława i Swaroga, nazwy nie wzięli przecież z księżyca, toteż uznałam, że warto by było dokopać się do genezy tejże. Droga do poznania łatwa nie była, bo wśród moich fińskich znajomych mało kto wiedział, co to znaczy, a większość w ogóle wątpiła w fińskie korzenie członu „wacka” (w tym języku bowiem litera „w” i zbitka „ck” w ogóle nie funkcjonuje). Dopiero koleżanka zaznajomiona z wczesnymi wierzeniami ludów nordyckich była w stanie pomóc. A więc, „Ukon Wacka” jest, cytuję, „oznaczeniem dawnych pogańskich czasów, kiedy ludzie rozlewali napój ze słodu podczas składania ofiar”*, przy czym „Ukon” odnosi się do dawnego bóstwa Ukko (tutaj odmienione, w dopełniaczu). Bardzo w stylu Korpiklaani, bym rzekła.

Muzycznie nie jest już, niestety, tak trefnie. Korpiklaani są na tej płycie bardzo wierni swojemu stylowi. Powiedziałabym nawet, że zbyt wierni. Styl folkowo metalowych ochlajmord tańcujących do humppy był całkiem zabawny na początku. Czyli tak pi razy oko od „Spirit of the Forest" aż do "Tales Along This Road", opcjonalnie uwzględniając parę piosenek z "Tervaskanto". Niestety, "Ukon Wacka" nie ma już tej mocy co poprzedniczki i na dłuższą metę strasznie nuży. Kolejna rzecz – w ciągu tych ośmiu lat, Korpiklaani mieli mnóstwo czasu, aby zaprezentować coś nowego i świeżego, aby podtrzymać zainteresowanie zespołem. Poszli jednak na zachowawczą łatwiznę i uraczyli nas tak na dobrą sprawę miernej jakości kalką utworów ze swoich poprzednich albumów. Tak, rozumiecie mnie dobrze. Korpiklaani zaczęło zjadać swój własny ogon niczym wąż Ouroboros. Tylko, o ile mi wiadomo, Ouroś nie próbował zbić pieniążków na zżeraniu własnego ogonka.

Żeby nie było, że się czepiam – piosenki są w porządku, ale nic ponadto. Zagrane poprawnie, ale szału nie ma. Melodie nie zapadają w pamięć, nie ma żadnych zaskakujących momentów, które mogły by powalić słuchacza na kolana. Mam wrażenie, że album był robiony nie tyle na odwal się, tylko na mocnym rauszu, opcjonalnie podczas morderczego kaca. Że Finowie próbowali wziąć to, co najlepsze ze swoich piosenek z poprzednich wydawnictw, wrzucili do jednego garnka, zmieszali, nawet nie doprawili i tenże gar zanieśli do wytwórni, nawet nie przesłuchując, czy im samym się to tak naprawdę podoba. Do diabła, takie numery mogą uchodzić raczkującym bandom, a nie kapelom takim jak Korpiklaani, które dają show jako gwiazdy główne i mają spory staż jako „czynna” kapela. Moja recepta? Czas na zmiany albo przewietrzenie meliny, w której fińscy wesołkowie tankują napoje wyskokowe, bo ileż można trzepać to samo? Ja wiem, że biznes to biznes i jeśli jest popyt, to jest i podaż, ale niechże mnie sekstet z Lahti wreszcie czymś zaskoczy, choćby i splitem z Turmion Kätilöt. Bo jak tak dalej pójdzie, to staną się dla folk metalu tym, czym jest Children Of Bodom death metalu.


_________________________________________________
* dokładnie to koleżanka napisała tak, ale pozwoliłam sobie to lekko zmodyfikować: „ It is an designation of ancient heathen times, when people shed the malt beverage during a sacrifice.”


Thanks again, Tuoho! 

You Might Also Like

0 komentarze

Instagram feed

Like us on Facebook