Sabaton - Carolus Rex

09:47


...oraz Karolek uroki rzucający.

 Przepraszam za brak jakichkolwiek aktualizacji na blogu, ale wynika to z kompletnego braku czasu. Dopadła mnie sesja, a wraz z nią zaliczenia i pisanie prac, stąd moja stagnacja twórcza. W tym momencie powinnam zasadniczo pisać dalej kolejną prackę i uczyć się na morderczy egzamin z historii mediów, ale postanowiłam jednak coś tutaj nasmarować dla relaksu. Bo podejrzewam, że następny wpis to będzie lawina zdjęć z Tuska Open Air, na który zabieram siebie oraz swój aparat. Tak czy owak – zapraszam.

 Niepisanym prawem w przypadku Sabatona jest dla mnie to, że przez pierwszych kilka (jak nie naście) przesłuchań, nie mogę się ni cholery do albumu przekonać. Tak było od samych początków mojego obcowania z zespołem z Falun. Z tego co pamiętam, to jedynym album, który uznałam za całkiem niezły od pierwszego przesłuchania, był „The Art Of War”. A i z nim nie było lekko. Tak więc, przywykłam i wiedząc o tym, że album od razu mi tyłka nie urwie, dałam sobie czas, żeby „Carolus Rex” mi się osłuchał. I co mogę o nim powiedzieć, kiedy już zdanie mam jako tako wyrobione? Gdybym była rażąco nieambitna w kwestii pisania recenzji, to napisałabym, że to cały czas Sabaton, jeno rozebrany na części pierwsze, z pozmienianą kolejnością ścieżek instrumentów i na nowo zmiksowany. A jako że rażąco nieambitna w kwestii pisania recenzji nie jestem, to możecie się spodziewać nieco dłuższej wypowiedzi (wszak temat bandów, które bardzo cenię, rozpisywać się lubię).



A zatem, Sabaton powraca znowu do formy albumu koncepcyjnego, tym razem nie tyle prowadząc nas przez piosenki nawiązując do rozdziałów „Sztuki wojny” Sun-Tzu, ile bardziej koncentrując się na jednej konkretnej figurze (a nawet temacie), który stanowi lejtmotyw całego nagrania. A mowa tu głównie o Karolu XII Wittelsbachu, królu Szwecji, który sporo namieszał podczas III wojny północnej i wskutek której państwo szwedzkie utraciło ostatecznie status supermocarstwa. Ba, ramy czasowe krążka sięgają nawet dalej, bo pierwsza piosenka „The Lion From The North” traktuje o Gustawie Adolfie, który wmieszał się w wojnę trzydziestoletnią (nam bardziej znany przez to, że zalazł on za skórę Rzeczpospolitej Obojga Narodów, tocząc wojnę o dominium maris Baltici). Nawiązują zatem z grubsza do złotego okresu imperium szwedzkiego, zwanego Stormaktstiden (dosł. „Era Wielkiej Potęgi”). Miła odmiana, zważywszy na to, że do tej pory Sabaton raczej koncentrował się na konfliktach mniej odległych w czasie. Tym milej mi się tego krążka słucha, bo zmian jest jeszcze więcej, które początkowo w uszy mi się nie rzuciły. Mój błąd.

Po pierwsze – więcej ballad, ba, znalazł się nawet jeden klasyczny przytulaniec („A Lifetime Of War”). Kolejna rzecz, to fakt, że „Carolus Rex” jest dostępny w dwóch wersjach, anglojęzycznej i szwedzkojęzycznej. Początkowo dane było mi się zapoznać jeno z wersją ogólnozrozumiałą i byłam dość sceptycznie nastawiona do drugiej. Teraz myślę, że znowu popełniłam błąd, bo przypomniały mi moje własne dywagacje na temat śpiewania w języku ojczystym podczas pisania recenzji „Nocebo” Stam1ny. Mowa ojczysta zawsze będzie przecież bardziej autentyczna w ustach wokalisty niż nawet najbardziej doszlifowany angielski. I w istocie tak jest – szwedzka wersja wypada bardzo naturalnie i nie ukrywam, że bardzo chciałabym usłyszeć kawałki w ich języku na żywo. Zwłaszcza numer tytułowy, który już po angielsku opętał mnie jako pierwszy z całego albumu. Głównie dlatego, że miałam okazję „Carolusa...” tłumaczyć na język polski, trochę tekstu z nim spędziłam i po którymś z kolei przesłuchaniu, miałam niewyobrażalną ochotę przywalić Karolowi XII obić mordę. Chłopakom z Sabatona tak genialnie udało się odtworzyć atmosferę władcy absolutnego, skoncentrowanego na jednym celu – władzy, a także gloryfikowaniu jego osoby przez poddanych, że po przetłumaczeniu tekstu wymknęło mi się parę inwektyw pod jego adresem. A jak już Joakim zaśpiewał „Carolusa...” swoim szorstkim barytonem, a na dodatek po szwedzku, to odpłynęłam kompletnie.

Reszta piosenek również trzyma poziom, także muzycznie, choć początkowo miałam wrażenie, o którym napisałam akapit wyżej – że zespół wziął stare ścieżki i poskładał je w innej kolejności. Zwłaszcza w przypadku „The Lion From The North”. Dopadło mnie wówczas przepotężne déjà vu (coś z cyklu „hm, gdzieś to słyszałam... Hm, miliard razy w polskich mediach, jeno co to było... Czyżby 40:1?”), ale na szczęście dalej jest tylko lepiej. „1648” to bardzo sabatonowy kawałek, galopujący do przodu jak oddział karolińskiej kawalerii. Kolejny, „The Carolean's Prayer” również nieco zalatuje „Rise Of Evil”, ale jest to tak mile brzmiąca zrzynka, że jestem w stanie im to wybaczyć. Zwłaszcza, że od następującego po tejże „Carolusa Rexa” zaczyna się zasadniczo część albumu, która od swego początku do końca krążka jest po prostu wyśmienita. Albo inaczej – jest tak wyśmienicie chwytliwa, że przechodzi to ludzkie pojęcie. I nawet taki upierdliwiec jak ja, który z założenia będzie cholernie krytyczny wobec kapeli zaliczającej się do grona jego ulubionych, nie jest się w stanie do niczego przyczepić. Bo zamiast tego będzie się darł na cały regulator „Poltaaaava!”.

Do diabła, znowu im się udało mnie urzec. A już myślałam, że jestem stara, trochę w życiu słyszałam i nie uda im się mnie nabrać na chwytliwe kawałki. Bo po prawdzie, to początkowo planowałam napisać dwustronny opiernicz, dlaczego znowu dostaliśmy to samo, co mi chyba nie wyszło... Tak czy inaczej, w tym, jak się mi wydaje, tkwi największa siła Sabatona. Nie są to królowie skomplikowania i rozłożystych kompozycji, jak, dla przykładu, TOOL. Nikt z nas nie spodziewa się, że będzie nagle chłopaki wyskoczą z bojówek, przywdzieją gajery i stwierdzą, że zaczną grać progresywny jazz metal, bo im się power metal znudził. Każdy z nas, fanów, będzie pi razy drzwi wiedział, co będą zawierały ich albumy, jeśli słucha Sabatona nieco dłużej. Ale to jest właśnie to, za co ich kochamy – marszowe tempa, chwytliwe refreny, na których wszyscy zdzieramy sobie gardziołka na koncertach i nieco nadęta tematyka.

Resumując, jest to chyba jeden z dojrzalszych albumów Sabatona, ze względu na fakt, że wzięli się za własną historię i to z okresu Stormaktstiden. „Carolus Rex” na szczęście jest napisany na tyle wyważonym językiem, że nie da się im zarzucić nacjonalizmu w jakikolwiek sposób. Ale gdybym miała wybrać wersję, którą wolę bardziej, to nie będę oryginalna (patrząc na opinie w internecie) i powiem, że szwedzka wersja kopie siedzenia bardziej niż angielska. Solidna rzecz, przesłuchania warta, a tym bardziej wydania pieniążków na bilet na najbliższy koncert.


You Might Also Like

0 komentarze

Instagram feed

Like us on Facebook