2017 podsumowanie

00:41

Człowiek się ani nie obejrzy, a tu już 2018 daje w facjatę z półobrotu. Gdzie ten czas zleciał, to ja pojęcia nie mam. Ale, nie mniej jednak, lecim, bo suchary same się nie napiszą, a gify same nie wkleją.

Ten tego, i ściana tekstu będzie. Serio, idźcie po jakąś kawę/herbatę, bo się przyda. Chciałabym móc napisać, że w nowym roku napiszę coś krótko, głupio i na temat. Ale trud to daremny, nie umiem :c



Rok ni w tę ni wewtę. Prawda, coś tam wisi na horyzoncie pod względem jako takiego ustabilizowanego bytu, ale nie będę ględzić, żeby nie zapeszyć (a dwa, że mnie jasny pieron strzela, kiedy przychodzi mi o tym mówić). Fotograficznie rok upłynął mi pod znakiem jeżdżenia i nie tylko do A2 we Wrocławiu czy do Helsinek, żeby się wyrobić roczną normę we pochłanianiu pierożków karelskich. Co nie znaczy wcale, że normy nie wyrobiłam! 

Rok koncertowy zaczęłam od wypadu do Progresji na Kreatora z Sepą, Soilwork i Aborted. Sepa zawsze spoko, mimo, że w słuchaniu zatrzymałam się na Dantem, a Mille i Samiego mam zawsze ochotę wyściskać i poroztkliwiać się nad tym jacy są przeuroczy. Wyjazd kompletnie od czapki, ale miło wspominam, bo poznałam masę nowych, świetnych ludzi i zobaczyłam kilkoro znajomych, których nie widziałam bodaj od pierwszej wojny punickiej. I byłam w PiwPawie, mojej nowej ulubionej miejscówce na piwnej mapie Polszy! ❤ Bardzo polecam, zwłaszcza jak Wam się transport posypie, a do następnego pociągu macie dłuższą chwilę. Z Foksalu na Wawę Centralną nie jest aż tak daleko. Albo nawet musicie czekać do rana, bo PP jest przybytkiem całodobowym. No mówię, Beersneyland!





Potem, co by nowo/wczesnorocznej tradycji stało się zadość - koncert moich ulubionych Szwedów w portkach camo. Ten, Sabatona znaczy. Acz nie ukrywam, że tym razem o wiele bardziej zależało mi na Acceptcie, który dosłownie z miejsca stał się moim ulubieńcem na żywo. Z całej trasy zaliczyłam tylko wrocławską Halę Stulecia. I był to błąd, bo focenie Sabatona w tym miejscu okazało się gehenną fotograficzną (aż do pewnego listopadowego wieczoru w A2, ale o tym później). Hala jest specyficzną budowlą i dzięki temu koncertowi dowiedziałam się, że ciężko ją przewietrzyć, kiedy chłopaki odpalili fajerwerki i nakurzyli dymu. Nic, tylko było wyglądać aż zza oparów mgły wyjedzie londyński double decker. Nie pomógł tu nawet ich fenomenalny świetlik, kapela nawet po kuracji lightroomowej wygląda jakby zapomniała się najeść rutinoscorbinu. Ale grunt, że Accept wyszedł! Odnośnie supportu - Twilight Force to kompletnie nie moja bajka, fociło się dobrze, ale raczej nie będę się na ich koncerty wybierać. Ewidentnie mi śmierciometale uszy przeżarły na wylot.

I sorry not sorry za spam z Acceptu. Ta kapela to raj dla fociarzy, koniec kropka.








W tak zwanym międzyczasie pokusiłam się o coś, czego od dawien dawna nie robiłam, tj. wywiad. Ba, nawet dwa. Pierwszy przezornie przeprowadziłam drogą mailową jakoś w lutym, a było to wywiad z Helmuthem z Belphegora (bo przestraszyłam się, że nie ogarnę jego akcentu przez telefon). Cwaniak się wykpił z miniwywiadu, który proponowałam i wmanewrował mnie w duży materiał. Wyszło całkiem okej, ludzie cały czas czytają, ja tam jestem zadowolona. Do poczytania o, tu:


Drugi rzecz to był wywiad z Chrigelem z Eluveitie w okolicy lipca, który przeprowadziłam przez telefon. I przypomniało mi się, dlaczego tak rzadko robię wywiady - bo mam ochotę wyrzucić komputer przez okno podczas transkrypcji! I tym razem nie była to nawet kwestia akcentu czy angielskiego prezentowanego przez pana Glanzmanna. Gadaliśmy przez ponad godzinę, rozmowa się kleiła i cieszyłam się bardzo, że okroiłam pytania o połowę, bo transkrypcja bolałaby mnie jeszcze bardziej. Pomimo tego, że powstawał w bólach i co się naklęłam, to moje, to jestem z niego całkiem dumna:


Wracamy do koncertów - kolejnym była absolutna petarda w postaci Battle Beast z supportami. Jakkolwiek nie przepadam za ich studyjnymi nagraniami, bo wydaje mi się, że brakuje im konkretnego kopa. Ale na żywo? Pani kochaniutka, miazga! Cały czas nie mogę się nadziwić, że taka tycia dziewoja jak Noora potrafi tak ryknąć i sprawić, że publika je jej z ręki. I mówię, o ile studyjnie mnie średnio interesują po wykopaniu Antona z zespołu, tak na koncerty przyrzekam chodzić sumiennie! Dobrze wypadły też supporty, japoński melodeath metal GYZE oraz niemieckie Majesty.







Wkrótce później zrobiłam wypad taktyczny na dirty thirty kumpla z Helsinek. Wiecie, co to oznacza?

muhuhu.
Po drodze się rozchorowałam, a na urodzinach właściwych chciałam sobie wybić oko oparciem od krzesła. Co te 400mg ibuprofenu z człowiekiem robi, to nawet spirytus się chowa. Dwa dni później tułałam się po Kallio szukając kolegi numer dwa, który miał pralkę, miał na imię Seba i robił prawilny słowiański przykuc, ale jest Finem. Sporo plątałam się też po mieście. Na Eiranrantę nie dałam rady się dokulać, ale nie mogłam sobie odmówić spaceru na Esplanadi.









Espa taka paskudna tego dnia była ;(
 

I wreszcie zobaczyłam pomnik Sibeliusa, koło którego przejeżdżałam tak circa about dwadzieścia razy. I ani razu nie rzucił mi się w oczy ponad dwudziestotonowy moloch. Brawo ja! (Ale z drugiej strony, który turysta może powiedzieć, że szedł do lasu szukać rozpadających się chałup na Kruunuvuori?)


Serio, nie wiem, co tu się działo. Jaki kraj, taka karuzela?
Było dobrze, ale mimo wszystko - jak Helsinki, to tylko latem, albo fest zimą.

Po powrocie - zlot wszystkich metali z miasta i okolic, eee, Triptykon znaczy. I supporty, choć większości z nich nie widziałam, bo było na nich ciemno jak we wnętrzu kota w grudniu. No i oczywiście - Bro, do you even ugh? powinno być (jak dla mnie) od dziś na każdym plakacie zwiastującym przybycie Tomasza Wojownika do miasta ;)



Następnie zmiana stylistyki. Wreszcie wybrałam się na Braci Figo Fagot. I w sumie dobrze, że w A2, a nie w Alibi, bo by mnie wtedy tłum zadeptał. Btw - jak ktoś mi powie, że koncerty metalowe są brutalne, to zapraszam na BFF. Jak pijane Sebixy zaczęły się kułakami okładać, to trochę się zestrachałam, nie powiem. Ale koncert sam w sobie - nosz kurde, bajka.





I nagle się okazało, że mam pomykać do Italii na szkolenie orientacyjne z potencjalnej pracy. Bez aparatu, bo w ramach hesztagu #niente_ogarnięte Włosi mi zaklepali tylko podręczny bagaż do samolotu na tygodniowy wyjazd. A że miałam wyglądać jak człowiek, a nie jak ostatnia łajza, to zapakowałam tylko łachy i laptopa (co by sobie filmy oglądać wieczorem po szkoleniu). Ehehehe, nie ze współkursantami takie numery. Kiedy przydybali, gdzie śpię, to od razu po zajęciach wbijali na moją kwaterę i pytali czy bym z nimi nie wyskoczyła do pubu. No i weź tu odmów...

Byłam tak sobie nastawiona do wyjazdu tak po prawdzie. Raz, że z Italią miałam kosę od 2011 roku, kiedy to w hostelu w Bergamo skroiła mnie jakaś łachudra ze wszystkich pieniędzy. Religijnie syczałam na hasło Włochy i nie chciałam nawet słyszeć, że ten italski rock'n'roll to nawet zabawny jest, przynajmniej jest o czym później opowiadać. A dwa - komunikacja z firmą bywa ciężkawa.
Teraz mogę z łapką na sercu powiedzieć, że ten wyjazd odczarował dla mnie w pewnym stopniu ten kraj. Jedyne na co tak naprawdę psioczyłam, to lądowanie w Genui, ale na takie, a nie inne umieszczenie lotniska (i całego miasta de facto) mam wpływ jak na fazę księżyca. Genua jest bowiem przyklejona do wybrzeża i ciągnie się bez końca na tymże. Z drugiej strony pagórki, płaskiego terenu nie uświadczysz. No to logicznym było ulokowanie lotniska wzdłuż portu, Włosi nie są takimi hardkorami jak Nepalczycy. Lądowanie wygląda mniej więcej tak - 10 minut kołowania i nagle ŁUP! płyta i hamowanie. Ale to tylko tyle.

W każdym bądź razie, nawet fakt, że biegałam tylko z telefonem kompletnie nie rzutował na zdjęciach. Serio, nawet takie maleństwo jak Arenzano wyglądało bajkowo.



Dostałam pokój ze świetnym widokiem i prowadziłam studium tegoż widoczku:




Pamiętam, że nawet się z tego śmiałam - wrzuć coś na instagram, otaguj jako #italy i ludzie zrazu robią w trykoty. Ale ciężko się dziwić. Włochy wpisały sobie kiedyśtam kody na czarujące krajobrazy i teraz tylko odcinają kupony (choć wieść gminna niesie, że Neapol się na kody nie załapał).












Coś, czego mi często brakuje, to te małe zaułki, gdzie można się pogubić. Toteż korzystałam z tego ile wlezie po zajęciach:



Bez foccacia genovese (albo, po ichniemu - fugassa) wyjazd do Ligurii się nie liczy!



bo ja mariny lubię :I 
Lotniskowe cappuccino do którego do dziś piszę ody pochwalne.
Wszystkie hipster kawiarnie mogą się schować. Starbaksy też.
Po powrocie zastój fotograficzny aż do czerwca, gdzie zrobiłam trochę fot promo, dziwnych ambientów, a potem wyczekany Rotting Christ w Firleju. Zajebiści ludzie, świetny koncert, mam fotę z Sakisem, na której wyglądam jak kucyponek, a na deser się okazało, że moje foty z koncertu ukażą się w Metal Hammerze ❤ Dzięki Igor!






Po jakimś czasie do A2 zjechała Sepultura. No chyba wam się nie wydaje, że odpuszczę Sepę grającą pod płotem!






Następnie znowu przerwa. Byłam zakopana w robocie przed szkoleniami i nie jeździłam za specjalnie nigdzie pod kątem festiwalowym. I miałam już żadnego open aira nie robić, choć zamarzył mi się festiwalik Jolly Roger w Wiedniu, ale organizacja wyjazdu szła mi jak po grudzie. Promotor nie odpisywał, menago kapeli A i kapela B też... Poza tym chciałam sobie Wiedeń zwyczajnie pooglądać i załatwić tycią rodzinną prywatę na Schönbrunnie. No nic, pomyślałam, miałam i tak mieć wolny cały tydzień, więc postanowiłam, że się po prostu trochę poobijam, ogarnę mieszkanie i sobie popiszę.

Aż do poniedziałku rano (fest był w środę), kiedy i promotor i menago i kapela B niemal synchronicznie stwierdzili "a, spoko, w sumie to wpadaj". Co się na nich napomstowałam, to moje, ale nie ma dla mnie chyba lepszej motywacji do działania niż dostanie akredytacji na dwa dni przed wydarzeniem.

O Wiedniu miałam robić osobny wpis, ale skoro do tej pory się nie ukazał, to przyjmijmy, że już się nie ukaże. Toteż w telegraficznym skrócie, wideń.zip, moje pierwsze wrażenie:
  • myślałam, że skisnę z gorąca, a na czole będzie mi można usmażyć jajco;
  • Favoritenstraße to cudownie przaśna mieszanina sklepów indyjskich, makaronodajni, kebsów, sznyclodajni o najbardziej kreatywnych nazwach, sklepów "wszystko za mniej niż 5 euro", tycich knajpek i całej plejady innych przybytków, które da się dojrzeć dopiero za trzecim razem (coś na zasadzie "ej, trochę wiocha to dać do centrum, upchnijmy to tutaj, styknie! I nazwijmy knajpę Sznycelking!");

  • Wideń cierpi na tą germańską przypadłość - jak coś budować, to z rozmachem! Ale jak mieli z tyłu głowy pałac, to ciężko się dziwić (i bardzo dopsz, bo jest na czym oko zawiesić);




  • mnogość mozaikowych ozdób na elewacjach budynków w klimacie mocno socjalistyczno-psychodelicznej. Nie wiem skąd i dlaczego, ale bardzo mi się podobały.

  • po pierwszym rzucie oka na pałac Schönbrunn, ciężko się dziwić rozmachowi pokoleniom architektów niemieckich i austriackich. Zwłaszcza, jeśli ma się za wzór cudo tak objętościowo rozległe jak zawał po wizycie w niesławnym Heart Attack Grill w Vegas.






Na Szynbrunie to nawet gołębie są aliganckie ;)

Propsy dla kuników, że dają radę w ten skwar w czapeczkach i że wytrzymują foty z macającymi je turystami. Ja bym dawno już takiemu macantowi przybiła żółwika z podkowy.
Pokręciłam się potem po mieście, ale nie za długo, bo chciałam zdążyć na pierwszy support tego dnia. Ba, jeszcze trafić, bo szłam kompletnie w ciemno do Areny. Stosując klasyczną metodę na "idź za metalami, oni wiedzą gdzie iść" udało mi się zdążyć niemalże punktualnie. 

heheszki c:


Taka ciekawostka - na tym koncercie kazali mi odkładać aparat do biura prasowego po każdych pierwszych trzech kawałkach gwiazdy. Na początku oczywiście ciśnienie mi skoczyło. "NIKT NIE BĘDZIE MNIE NIKOSIA PILNOWAŁ OPRÓCZ MNIE" chciało się ryknąć. Ale przeszło mi po tym, jak się zorientowałam, że piwo się lepiej popija, kiedy 3 kilogramy złomu nie ciągną ci karku do ziemi :)

I koncerty właściwe:











Podsumowując - za mało Wiednia na jeden raz, potrzebne poprawiny. W przyszłym roku marzy mi się Austria w okolicy świąt, co by o jarmarki zahaczyć i Salzburg zimą odfajkować (koleżanka pokazała mi zdjęcia stamtąd zimą i przepadłam). Postanowienie noworoczne na 2018? Z pewnością. Akurat będzie po drodze, bo chcę sobie Pragę odświeżyć.

Następnie kierunek - północ, morze Bałtyckie. Od września byłam z 5 razy na wybrzeżu. A to w Kołobrzegu albo w Gdyni, szkoląc się do przyszłej pracy, do której czynię ostatnie szlify (mam nadzieję). Również nie brałam aparatu, ale telefon coraz częściej zastępuje mi małpkę w ciągu dnia. Szkoda tylko, że rawów nie robi... Ale jakby to kogo interesowało, to mam LG K8 (to żaden post sponsorowany, ale LG moje drogie, jakby co, skrobnijcie mi maila ;) ).






Dalej - w międzyczasie świetny tydzień w październiku - Belphegory w Berlinie (do którego prawie nie udało mi się dojechać i wyjechać) oraz Dziki Gon na żywo z Percivalem Shuttenbachem plus Teatr Avatar.

W Berlinie zabawiłam dwa dni, ale było intensywnie od samego początku. Miałam jechać na stopa, na blablacarze, potem w końcu wsiadłam w busa. Posypał mi się hostel, przegapiłam support nr 1. Ale na szczęście reszta koncertu była aligancka, tak samo afterek. Zaś w dniu powrotu rozpętało się jakieś piekło komunikacyjne, bo Niemcy (tak samo jak i Polska) dostały po łbie jakąś koszmarną wichurą. S-Bahny przestały jeździć, autobusy jeździły jak im się podobało, a U-bahny tak się ślimaczyły, że myślałam, że nie dojadę na Schoenefeld. No, na szczęście jakoś poszło. 





Percival plus Avatar było zdecydowanie spokojniejszą imprezą, ale nadrabiającą widowiskowością. Zresztą, zobaczcie:







Dalej w październiku, zostałam poproszona o zrobienie zdjęć na Archgoat, Bolzerze z supportami w Pralni, która powoli staje się jedną z moich ulubionych miejscówek. Światło było tak daremne, że myślałam, że foty będą spalone. Jednak okazały się jednymi z bardziej klimatycznych zdjęć w całym roku. 






Ostatnia rzecz w październiku, Airbourne i Desecrator. Tych pierwszych pamiętam jeszcze jak zrobili taki młyn w Alibi w bodaj 2015, że ciężko było wyjść z miejscówki na zdjęcia. Nawet szpilki by człowiek nie wcisnął w tamten tłum. A, i saunę przy okazji zrobili. Taką, że aż mi obiektyw zaparował. Ja wiem, że sauny są zdrowe, ale moja Sigma miała inne zdanie.

Tym razem nie było tak ciężko, choć smutno mi było, że nie złapałam Joela, który tradycyjnie wgramolił się na plecy ochroniarza i  w tłumie rozbijał sobie piwo na głowie :( Do nadrobienia!




Już finiszujemy, słowo! Listopad i dwa koncerciwa. Po pierwsze - Testament, Annihilator i Death Angel. Od czego by zacząć... Najlepiej od - na Trygława i Swaroga, ile luda nawaliło! O_O Serio, promotor chyba chciał sprawdzić ile do A2 wlezie. Podpowiem - w pip i jeszcze trochę! Ale co tu się dziwić, takie zestawienie to dosłownie święto lasu, trzeba zadzierać kiecę i lecieć, póki bilety są. Jak dla mnie koncert roku.










I ostatni rodzynek, czyli Wilczury. Mówiłam, że Sabaton w Hali Stulecia to była droga przez mękę? Ehehehe. Głupia i młoda byłam i Ulvera nie próbowałam strzelać. A napaliłam się jak szczerbaty na suchary na ten koncert i nie chciałam słuchać, że lepiej olać sprawę. Problem tkwi w tym, że:


Powiem tak, kiedy Kristoffer Rygg nachylał się nad tabletem, żeby chiba puścić innego sampla, to robiłam zdjęcia jak wariatka, BO ŚWIATŁO!

I ja wiem, że są zespoły, które mają gorszą alergię na światło, kopcą jeszcze bardziej, zostawiają tylko maczki włączone i każdy fosiarz ma na zdjęciach ino logo Apple. Ale przy takich kwotach jakie poszły na lasery, to mogły Ulvery ogarnąć świetlika, który ogarnia front sceny ;_; Żebym potem nie musiała guglać jak wokalista wygląda. Nie mniej jednak koncert wyborny.






I co dalej? Szczerze, to nie wiem. Na pewno czeka na mnie dłuższa przerwa koncertowa w związku z pracą. Chcę też się skupić na fotach trochę bardziej portretowych, bardziej konceptualnych. W 2017 zrobiłam 3 sesyjki i dawno nie miałam takiej frajdy z robienia zdjęć. Zwłaszcza z kimś. Pomysłów na foty mi nie brakuje i coraz lepiej wychodzi mi wychodzenie z mojej skorupy, żeby kogoś poprosić o pozowanie. Ale nie pisałam o tym tutaj, bo ni czas to, ni miejsce. Zainteresowanych moją twórczością nie-reportażową/koncertową czy wyjazdową zapraszam o tu:


Wszystkim wytrwałym dziękuję za uwagę, zostawiam uroczego kartofla i życzę najlepszego w 2018!


You Might Also Like

1 komentarze

  1. Ulverem zdziwiona? Byłam, fociłam, klęłam i wiem jedno.... nigdy kurwa więcej :)

    ReplyDelete

Instagram feed

Like us on Facebook