2018 podsumowanie - bunkrów nie ma... czyli rzecz o podróżowaniu, cz. 1

11:25

Nie ma to jak sobie walnąć podsumowanie roku, kiedy luty już w toku, a blog był zostawion samopas przez ponad rok. Przyznam się bez bicia, że zwyczajnie łatwiej mi było wrzucić fociaszki na flickra i stwierdzić "oke, zrobione, idę się opieprzać dalej". A że kleksy stwierdziły, że chcą pieniążek za konto pro, to wylazła ze mnie Grażyna i wróciłam tutaj.

I bardzo dobrze w sumie, bo na flickrze nie szło gifów wklejać i pisać stosów głupot. Zabierzmy się zatem do pisania tychże, bo cydr stygnie, a post będzie długi jak linia transmandżurska. Zdecydowałam się podzielić post na dwie częśći, bo nie ma opcji, żebym się spięła i ujęła to jakoś krótko, głupio i serdecznie. Jak zobaczyłam folder z tym ile mam zdjęć z Ibizy, Lizbony czy Danii, to stwierdziłam no pasaran, lecimy na dwie części.


Zanim zabrałam się do pisania, zerknęłam sobie na poprzednie podsumowanie, gdzie pierwsze co napisałam, to to, że 2017 był rokiem ni w tę ni wewtę. Prawda to była, z kolei 2018 był rokiem w jasną cholerę intensywnym, gdzie nie tyle wyszłam poza swoją strefę komfortu, co wyleciałam z niej na Marsa. Głównie ze względu na krótką, acz obfitującą w wydarzenia robotę na statku. Muszę od tego zacząć, bo było to jeszcze mocniejsze doświadczenie niż Londyn w 2016 i wszystkie jego skutki. I luz, w osobnym poście będzie sporo koncertowych foteczek, ale po prostu chciałam się odnieść do mojego statkowania.

Większość ludzi się mnie pyta co, gdzie i jak. Skąd ja, kompletnie będąc w swoim Wrocławiu zadurzona, wybyłam na te wielkie pływające wanny, cruiserami zwane. Bo w zasadzie pomyślałam, że może to być ciekawa opcja, podróżować i focić. Co w tym trudnego?

No mówiłam, że wielkie! A ta wcale nie jest największa w flocie.
A trudności było i jest sporo, a najważniejszą z nich jest fakt, że dotarło wreszcie do mnie, że nienawidzę mieć głowy cały czas w pracy. Do tej pory nie uzmysłowiłam sobie tego. Ale w zasadzie miałam to zawsze zapewnione - wychodzę z roboty i po wyjściu przez drzwi następuje czyszczenie pamięci i absolutnie nie obchodzi mnie to, co zostawiłam w miejscu pracy. Bo wychodziłam z założenia, że nie ma co sobie głowy tym zawracać i pozwalać, żeby sytuacja w pracy wpływała na moje samopoczucie w większym lub mniejszym stopniu.

Na statku zaś?


Nie ma absolutnie takiej opcji, czego niestety nie przewidziałam. Przez to nie ma czegoś takiego jak me time, którego również potrzebuję całkiem sporo. Myślę, że to przez to, że jestem już starsza. Że gdybym czegoś takiego spróbowała nie będąc jeszcze ukształtowaną dwudziestolatką bez własnych nawyków i jak to Angole mówią routines, to być może wkręciłabym się znacznie szybciej w pracę i zostałabym do końca kontraktu, biorąc wszystko za dobrą monetę. A że jestem starą torbą ze własnym zdaniem, to nie powiedziałabym, że to praca marzeń. Wręcz przeciwnie. I nie chcę się tu za specjalnie wylewać swoich gorzkich żali na samą w sobie robotę, tylko podzielić się zdjęciami. Ba, jakbym zaczęła, to by mi chyba jakaś nowelka wyszła. Jak ktoś ma ochotę posłuchać mojego marudzenia, to zapraszam na piwo do Wrocławia.

A czy żałuję, że się porwałam z motyką na słońce? Na Trygława i Swaroga, absolutnie nie. Pomijając samą robotę, walniętych menadżerów, permanentne niente ogarnięte i wieczne zmęczenie, poznałam tam najfantastyczniejszych ludzi pod słońcem, zobaczyłam kawał Europy, nauczyłam się włoskiego i podciągnęłam z niemieckiego. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Następnie zaczynałam się powoli żegnać z moim Wrocem, kompletnie nie będąc przygotowaną na to, czym mam zarobić w pysk. A miałam zarobić nie gorzej niż wtedy, kiedy po raz pierwszy usłyszałam Babymetal chyba.

Państwo statkowstwo najpierw wrzuciło mnie do Savony na minirejsy na trasie pi razy oko takiej:
Jestę trasografę.
Czyli najbardziej francowate rejsy, bo wszystko co normalnie się robi w ciągu tygodnia, trzeba było zrobić w ciągu trzech dni, a i codziennie trzeba było odwalić embarkation duty, co było upierdliwe jak wszyscy diabli. Bodaj najcięższe dwa tygodnie w moim życiu, przez właśnie zero jakiegokolwiek treningu stanowiskowego, okropnego szefa, którego miałam ochotę wywalić za burtę albo sama wyskoczyć, team, który miał siebie kompletnie w pompie i pracę a la fotografowie, którzy w latach 90-tych przychodzili do szkół i robili najbardziej przaśne zdjęcia w układzie słonecznym. Wiecie, takie, że masz tu kwiatka, siądź na krzesełku podeprzyj brodę.

Z tych właśnie powodów kiedy miałam tylko kilka godzin wolnego uciekałam gdzie pieprz rośnie, byleby tylko trochę pochillować na lądzie. Nawet jeśli to znaczyło, że dosłownie pobiegnę pod np. La Sagradę, walnę selfika i zaraz będę musiała wracać. Dobre i to. Zacznę zatem z grubej rury od miejca, do którego nawet dzisiaj mi się trochę ckni, kiedy taka piździawa za oknem:

BARCELONA


Ah Barca, cara mia! Hiszpanów w dużych ilościach na statkach nie znoszę, ale u siebie wcale mi nie przeszkadzają. Po La Rambli mogłabym kopytkować godzinami, robiąc zdjęcia żywym pomnikom, a na La Boquerii rozbić namiot i żreć co popadnie. Potem zaś się snuć po małych uliczkach i focić secesyjne detale.








Macie pojęcie, jak ciężko te cholerę zmieścić w kadrze?





Po Barcy oprócz gołębi i mew latają też paputki :)

SAVONA / GENUA

Wrzucam kolejną lokalizację do jednego wora, bo mam bardzo mało zdjęć z tyciej Savony, a z Genui w sumie też nie więcej. W Savonie zakochałam się w lodach i snułam się po ulicach zastanawiając się, jak bardzo się zmieniło to wszystko i jakby się tu teraz odnalazł mój dziadek, który po raz pierwszy tu zawinął w latach bodaj 60-tych, jako kierowca w PKSie. Mieli dzień wolny i z Turynu pojechali z kolegami do Savony kopsnąć się na plażę i pozwiedzać. Przy okazji wtarabanili się na prywatną plażę, gdzie odbywała się jakaś dobra impreza, ale to nie mnie opowiadać :) Party crashers wersja dziadek ❤


Moja ulubiona gelateria w Savonie na Croso Italia z najlepszymi lodami pistacjowymi pod słońcem <3 

Strasznie mi się te płaskorzeźby podobały, te wszystkie Maryjki i Jezuski. Wiem, że jestem we Włoszech
jak je widzę przynajmniej.

Fortezza del Priamàr w Savonie

Savona zachmurzona jest ładniejsza niż słoneczna i juś!



Chyba za pokutę ten ziom grabił tę plażę...

La Torretta



Genua mnie trochę przytłoczyła, jak na włoskie miasto wydawała mi się strasznie ciężka. Trochę miała rozmachu a la Mediolan, ale to jeszcze nie ten kaliber. Oczywiście będąc mną, pierwsze co zrobiłam, to wlazłam w jakieś zaułki, gdzie byłam bodaj jedyną białą osobą, ale skoro piszę tego posta, to chyba mam łeb w jednym kawałku.



A nam się tylko wydaje, że to tylko u nas Sebixy piszą po murach CHWDP. Chcielibyście ;P

Poezyje.

NASI TU BYLI! ^_^



dopsz.









Coś mówiłam o wylatywaniu na Marsa ze strefy komfortu?

 IBIZA

Miałam parę momentów, kiedy serio myślałam o dezercji i zostaniu w jakimś porcie na lądzie. Pierwszym takim momentem była bodaj Ibiza. Ktoś koleżanka mi powiedziała, że pierwsza wyspa śródziemnomorska, jaką zobaczysz staje się z miejsca twoją ulubioną. W jej przypadku to była Malta, a moją właśnie Ibiza. Miałam tego dnia mnóstwo czasu na snucie się po Palmie Di Mallorca.

Niestety, nie dane mi było zabalować ja należy, bo podnosiliśmy kotwicę jakoś o 4 rano. A ja jestem z reguły bezużyteczna na drugi dzień, jeśli zapiję, toteż poszłam grzecznie spać po zwiedzaniu i robocie.

I pardon za zdjęcia z komóreczki, ale z jakiś dziwnych powodów nie wzięłam tego dnia aparatu (coś pamiętam, że wzięłam wtedy laptopa, żeby pospamować na stronie Musicalypse newsami o Brutal Assault, a że mój laptop to ciężki klocek sam w sobie, nie chciało mi się już lecieć z aparatem). Ale Ibiza podobnie jak Włochy wpisała sobie cheaty na #instagrammable landszafty i odcina kupony bez przerwy. Także nawet telefonem można coś tam ustrzelić.










#word




W sklepie z pamiątkami przy kasie siedział... :)







Następną atrakcją, która mnie czekała, był transfer ze statku na statek. Moje modły zostały wysłuchane i powstrzymano mnie przed uduszeniem menago albo rytualnym samobójstwem. Tylko że, wiecie, z Włochami jest jedna, taka mała sprawa. A mianowicie:



Jest to ich dewiza życiowa i z Anglikami mogą chłopaki iść w tym na wyścigi. Acz nie można Włochom odmówić niesamowitego szarmu przy tym wszystkim, przez co wyspiarze odpadają w przedbiegach.
I posłużę się cytatem z mojego prywatnego FB, który bardzo dokładnie oddaje moje odczucia w kwestii tego transferu:



Oraz ryciną poglądową:


Co dobrego z tego wyszło? Na przykład day off (a takowe są na wagę złota w pracy), własny pokój w hotelu i cisza, a przedtem sympatyczny widok z okna w samolocie:


 I jak zaczęło się od pozytywu, tak szło generalnie ku lepszemu. Ekipa i wierchuszka na następnym statku było cudowną odmianą. Po pierwsze był tam zespół, jakikolwiek. Ludzie, którzy nie mieli siebie w pompie i byli sobie życzliwi. Ba, sami z siebie zapraszali nowe osoby na spacer na lądzie i nawet dawali radę wykrzesać z siebie sporo kreatywności w robieniu zdjęć. A pomyśleć, że na poprzedniej łajbie uważałam za sukces, jeśli kogokolwiek focenie w ogóle interesowało. Dzięki temu jedne z ciekawszych zdjęć zrobiłam wówczas w kolejnej lokalizacji, czyli w...


MARSYLIA

Po pierwsze, nie miałam wcale schodzić na ląd. Byłam okrutnie zmęczona, bo dzielenie kajuty z ziomeczkami z kasyna to lipa z miodem. Wracają bór liściasty wie kiedy, robią raban nad ranem i śpią całymi dniami, więc trzeba chodzić dosłownie na paluszkach, żeby ich nie podbudzić. Współlokatorka zafundowała mi tej nocy jedynie 3 godziny snu i wstałam naburmuszona jak mało kiedy. Z tego co pamiętam, to znajomi z teamu grzecznie zapytali się mnie czy będę wychodzić na ląd. Na poczatku się ociągałam, jednak jakoś udało im się mnie wyciągnąć. I, patrząc z perspektywy czasu, wcale nie żałuję. Zwłaszcza, że dobrze jest pójść w miejsce, gdzie sama bym raczej się nie wybrała, nawet rekreacyjnie.






Poprosiłam znajomych, żebyśmy podskoczyli do jakiejś kawiarni, bo bym nie wytrzymała do południa bez kawy. Trafiliśmy na małą wesołą kawiarenkę w dzielnicy Hôtel de Ville w pobliżu tego marino-portu (bodaj Vieux-Port). I odkryłam zasadniczą różnicę pomiędzy kawą włoską a francuską, która, wydaje mi się odzwierciedla różnice w postawach życiowych tychże obu narodów. 

Caffè italiano jest, jak to się mówi "smooth", delikatna, taka jaką byś pił, jakby chciało ci się po prostu żyć, a kawa była taką wisienką na torcie życia. Czymś co pieczętuje dzień i sprawia, że mówisz - azaliż, cóż to był za zacny dzień. Ba, masz nawet ochotę machnąć jakiś sonecik, a w najgorszym razie jakieś haiku o tym boskim napoju.

Statkowa kawa, do dziś mi się śni po nocach <3
A café français? To wredna, gorzka i kopiąca w odwłok łajza, którą pijesz nie dlatego, że masz melodię się nią uraczyć. A gdzie tam, pijesz ją dlatego, że wizja dnia bez niej napawa cię czystym, skondensowanym przerażeniem i wiesz, że nie pociągniesz bez niej. Łyk takowej i zaraz się budzisz do życia, zupełnie jak te króliczki w reklamach Duracella.
Café français. Niby cappuccino, a mocne jak
kop z półobrotu.
Acz tego dnia byłam bardzo szczęśliwa, że zdecydowałam się na francuską pieronę zamiast italskiej. Stawia do pionu w try miga, choć kolega z Mediolanu narzekał, że espresso mają paskudne i ogólnie non mi piace! Nie zna się, tyla powiem. Bo nieprzespanej nocy daje w czółko lepiej niż kroplówka z glukozą.

Następnie wyszliśmy z kawiarni, bo byśmy cały dzień na bani chodzili (kiedy podeszłam na tył kawiarni, żeby zapłacić, to w jamajskim powietrzu można było siekierę zawiesić), wyskoczyliśmy przejść się po mieście. Docelowo szukaliśmy Lidla, ale nie przeszkadzało nam kluczenie po małych uliczkach.





W pewnym momencie kolega zatrzymał mnie nagle i mówi - rób zdjęcie, będzie pani zadowolona. Powiedzieć, że jestem zadowolona to mało, jak słowo daję. Davide ma niesamowite oko i warto dać mu szansę na np. Instragramie. Linie proste są jednymi z moicj ulubionych zdjęć z tego okresu.






Fotka babci z mulami to też poniekąd zasługa Davide, który szturchnął mnie i tylko pokazał na babulkę. A ja jak piesek Pawłowa przyłożyłam aparat do nosa i trzasnęłam fotę. Chyba jedno z moich najlepszych jak dotąd. Jest dla mnie też o tyle szczególne, że babula niesamowicie przypomina mi moją własną babcię, która zmarła parę lat temu.


Wiata przy przystanku autobusowym Vieux Port, sufit był lustrany :)









Lanczyk na świezym powietrzu



Coś w tym chyba jest, że jak jest mi źle, tj. źle się czuję, nie wyspałam się albo jestem 39 stopni gorączki, to mi kreatywność skacze prawie że w kosmos. I tak było tamtego dnia. Foty będę długo wspominać, bo po chałturze statkowej miałam ochotę zrobić coś ciekawego dla równowagi. Dziękuję wam, Davide i Nisso, żeście mnie wyciągnęli tego dnia z kajuty. Gdybym nie wylazła, może i byłabym wyspana, ale za to strasznie naburmuszona. A tak mam co wspominać, jamajskie kafejki, kolejki w Lidlu i szukanie odpowiednio przaśnego prezentu dla menadżera Gustavo. Grazie, ragazzi! :*
Od tamtego momentu mniej więcej zaczęliśmy przejście na północ Europy, zaczynając okrutnie długi, dwutygodniowy rejs. I stamtąd najbardziej chyba zapadło mi w pamięć moja kolejna południowa miłość, to jest...

LIZBONA

Meu amor po raz drugi! Będzie i trzeci, ale z totalnie innej grupy językowej, ale o tym dopiero za jakieś półtora tysiąca mil morskich dalej. Nie uprzedzajmy faktów. I sorry-not sorry za ilość zdjęć, ale o ile w innych miastach jakoś się starałam hamować z ilością fotek, tak z tymi z Portugalii nie jestem w stanie ni cholery.

O Lizbonie naczytałam się już tyle i wszędzie, że miałam zwyczajnie ochotę na złość mamie odmrozić sobie uszy i nie jechać tam wcale. Zasadniczy błąd, bo Lizbona rzuca na człeka czar w ciągu jakichś pięciu minut. I wiem, że to brzmi jak cytat z podrzędnego przewodnika (opcjonalnie harlequina), ale słowo daję, tak jest naprawdę. Przycupnięta na pagórkowatym wybrzeżu w niczym nie przypomina masywnej Genui, ma w sobie coś o wiele lżejszego. Mimo, że wielu budowli leciutkimi nazwać ni cholery nie idzie, na przykład takie Arco da Rua Augusta. Może to przez kolory? Lizbona nie jest aż tak architektonicznie szaro-bura jak stolica Ligurii. Swoje robią wszechobecne azulejos i w głównej mierze jasne kolory budynków (a przynajmniej w tej turystycznej części miasta, Bairro Alto, Baixa i Alfama, gdzie się głównie kręciłam).

O wiele bardziej mi się podobały te urocze pierdzikółka niż meleksy przy wrocławskim rynku, just sayin'.


Azulejos wyzwalają we mnie azjatycką turystkę, chodziłam i miałam ochotę obfocić każden kafelek.
Żeby nie było za kolorowo i słodko-pierdząco, zostałam zatrzymana przez pewnego jegomościa, prawdziwego biznesmena, który chodził po ulicy w tę i nazad z naręczem okularów i reklamował swoje usługi "Madame, madame! Glasses! Sunglasses! Marijuana, hashish!". Nie skusiłam się, bo za takie akcje można wylecieć za burtę jeszcze tego samego dnia, ale znam takich co się skusili, toteż zapraszam na prywatę, bo rezultat tych zakupów był całkiem zabawny.


Arco De Rua Augusta
I wydaje mi się, że w Lizbonie było więcej przestrzeni. Będę teraz znowu brała za przykład tą biedną Genuę (jak to ktoś ze statku przepuści przez Googla Translate, a było tam sporo Genueńczyków, to jestem w czarnej...), ale wydawało mi się, że te zaułki włoskie (choć je bardzo lubię) przytłaczały o wiele bardziej niż te w Portugalii. I chyba powietrze zdawało się być inne. Myślę, że oceaniczna bryza to zupełnie co innego niż zefirek znad dużego jeziora jakim jest de facto Morze Śródziemne.

No i rzecz ostatnia, chyba najważniejsza - pogoda była taka, że chciało się autentycznie capnąć kawałek tego chabrowego nieba i sprawdzić jak smakuje. I od razu mówię - swoje zrobiłam w kwestii korekty kolorów, ale niebo autentycznie było jak z pocztówek. Do tego słoneczko przygrzewało przyjemnie, nie za mocno, tak w sam raz jak na wczesny maj w tych rejonach.

I tak, na widok tramwajów się wydaje z siebie takie MUJEJU widziałam w internetach taki!
Podreptałam sobie Rua Augusta, bo zdawała mi się najlogiczniejszym kierunkiem zwiedzania. Pamiętam, że strasznie mi się podobał chodnik mozaikowy, ogródki piwno-restauracyjne na środku deptaku i to, że kamieniczki były wcale nie takie duże i przytłaczające. Takie dwupiętrowe maleństwa z wystawą od ulicy, w sam raz do wpakowania tam sklepu kolonialnego.
Trochę to wrażenie psuły współczesne sklepy, ale co zrobić, taka lokalizacja to łakomy kąsek dla właścicieli sieciówek. I przyznam się, że jak patrzę sobie na Rua Augusta, to trochę mi się kojarzy z warszawskim Nowym Światem. I zanim zostanie mi rytualnie urwany łeb, to wysłuchajcie mnie proszę! Gdyby nie to, że z Warszawy po wojnie została kupa gruzu i część budynów zachowała się w orgynialnym stanie, było kapkę węższa i zrobiono zeń deptak - to mielibyśmy coś na kształt Rua Augusta, just sayin'.
Sardyny, sardyny wszędzie, odsłona numer 1.


Później bez większego planu zaczęłam się tułać po zaułkach i trafiłam zupełnie niechcący na Elevador de Santa Justa, które to zamierzałam zobaczyć, ale nie za bardzo sprawdzałam, gdzie to konkretnie jest, bo lubię się po prostu powłóczyć po nowo poznanych miejscach i sprawdzać co z tego wyjdzie.


Tam też uznałam, że czas sprawdzić jak smakuje kawa w Portugalii, bo przecież jak to tak nie mieć porównania z innymi krajami. Siadłam zatem w kawiarni pod cieniem windy i zamówiłam sobie zwykłe cappuccino. I dostałam cappuccino-wypasso:



Well, mało to miało wspólnego z klasycznym włoskim cappuccino, ale było mocne, miało na wierzchu bitą śmietanę i cynamon. Trochę się spodziewałam, że będzie równie mocna jak brazylijska kawa (a wieść statkowa niosła się, że brazylijscy nekromanci mogliby nią reanimować nieboszczyków) i po francuskiej pieronicy byłam gotowa na dosłownie wszystko, z rozniesieniem stolika w drzagi. Na szczęścię było w sam raz.

Później zrobiłam sobie rundkę od Praça D. Pedro IV przez przez kawał Bairro Alto, rezultaty poniżej:




Sardyny, sardyny wszędzie, odsłona numer 2.




Sardyny, sardyny wszędzie, odsłona numer 3. No i zacny suchar z sardynkowym barem







Jakimś cudem zaplątalam się na tyle, że znalazłam się na tyłach Elevador de Santa Justa. Wjazd kosztował coś ponad piątkę, toteż zadowoliłam się widokiem z małego mostku z tyłu tejże.


Balkon/mostek przed winą.

Mozaiki, mozaiki wszędzie!
 Zaczęłam się potem plątać po Bairro Alto bez ładu i składu i w końcu wylądowałam na Praça Luís de Camões. Co mnie cholernie urzekło, to to, że Portugalczycy potrafili pięknie zaadaptować stare witrynki sklepowe i tchnąć w nie nowe życie, nie epatując wściekle logami. Miód na moje serce, które ma spory artystyczny odchył 💗

When you see it...





Takich kwiaciarek i kwiaciarzy to było tam na pęczki dosłownie

Do kościoła wlazłam, żeby się kapkę schłodzić i oczywiście musiałam wparadować do Igreja de Nossa Senhora do Loreto / Igreja dos Italianos. Jak raz italianos, to zawsze italianos.

Praça Luís de Camões

Widzicie, zabrali wrocławiankę z miasta i zaczyna robić z tęsknoty zdjęcia tramwajom
Zaczęłam sobie potem tuptać Largo Calhariz przed siebie i przypomniał mi się ten słynny tramwaj ze wszystkich fot i artykułów o Lizbonie. Zaczęłam się zastanwiać, gdzie by mógł się znajdować i potwierdzając po raz kolejny, że szanowna autoressa ma więcej szczęścia niż rozumu, oto był i on, po drugiej stronie ulicy!
I, jak przyzwoita Grażyna uznałam, że nie będę 3 euro, żeby pojechać 100 metrów w dół, toteż postanowiłam przekopytkować w dół tą samą uliczką.


10 sekund wcześniej też tam stałam, potem machnęłam tym właśnie dziewczynom fotki :)




Po zejściu na dół dość szybko się zorientowałam, że o wiele lepszą opcją było by przespacerowanie się wybrzeżem, a dopiero potem wdrapanie się po schodach i uderzenie na Bairro Alto. Do odfajkowania następnym razem. A żeby nie tracić czasu, pomknęłam do Mercado da Ribeira / Time Out Market. O ile Market przypominał mi jakiś losowy hipsterski targ z żarciem na Shoreditch (a jak wszyscy powszechnie wiedzą, ta londyńska dzielnia przyprawia mnie o wzdęcia. Camden forever i koniec pieśni), tak Mercado zainteresowało mnie o wiele bardziej, ze względu na swoją autentyczność i faktyczny lokalny charakterek.


I nie omieszkałam się obfocić trochę street artu, bom skrzywiona na tym punkcie:



I naprawdę, całkiem niechcący ucapiłam ciekawy cytat Josego Saramago:

If you have an iron heart, good for you. Mine was made of flesh, and it bleeds every day.
Prawda?

Potem zaczęłam pi razy oko nawigować do centrum, żeby coś zjeść i się poszlajać jeszcze troszkę. I znaleźć jakiś bar, żeby sobie żłopnąć Sangrii.












I na tym chyba zakończę posta, bo przecież dłużej się czytać nie da :C Zapraszam do następnego!

You Might Also Like

0 komentarze

Instagram feed

Like us on Facebook